baner
 
 
 
 
baner
 
2014-03-21
 

Z głębi jaskiń w „Nasze Skały”

"Z Archiwum GÓR". Zapraszamy do lektury wywiadu Andrzeja Mirka z Włodkiem Porębskim, który ukazał się w GÓRach nr 228.

Uważasz się za wspinacza czy bardziej za grotołaza?

Zacząłeś od najtrudniejszego pytania... Na początku swojej górskiej przygody nie rozróżniałem tych dwóch rodzajów działalności. Wstąpiłem do Speleoklubu Dąbrowa Górnicza, gdzie było kilku
dobrych wspinaczy, więc podczas wypadów w skały czy Tatry nie kładliśmy nacisku na jedno lub drugie. Dużo wspinaliśmy się także na obozach jaskiniowych.


Ulubionym miejscem dąbrowskich klubowiczów było Podzamcze (zresztą chyba nadal jest), szczególnie Góra Birów. Ćwiczyliśmy techniki jaskiniowe i wspinaczkowe. Potem miałem różne wahania w jedną lub drugą stronę, bywały sezony „tylko skała”, ale i „tylko jaskinie”. W ostatnich latach czułem się głównie grotołazem, ale teraz znów skłaniam się ku wspinaniu – schudłem dwadzieścia kilo (a to nie koniec, jeszcze z dyszkę chcę z siebie zrzucić) i mam nadzieję, że znów uda mi się pokonać kilka fajnych dróg.

 

 

Na Wyspie Wielkanocnej. Fot. Marcin Jankowski


Podjąłbyś się porównania środowiska wspinaczy i speleologów?
To również trudne pytanie. Ale rzeczywiście różnice są (były?) i sam, jako „wash and go”, padałem wielokrotnie ich ofiarą. Powiem najpierw o grotołazach. Wpojono nam chorą etykę „niechwalenia się” – to prawdopodobnie pochodna czasów, gdy trzeba się było ukrywać, idąc do jaskiń.
Udawaliśmy turystów, tylko z nieco większymi plecakami. A ukrywać się należało, bo uzyskanie zezwoleń, teoretycznie możliwe, w praktyce przekraczało możliwości logistyczne zespołu, który chciał przyjechać na weekend, a nie miał sprecyzowanych „od tygodni” planów.
Dziś podobna sytuacja występuje w karkonoskich Śnieżnych Kotłach. Taka postawa rozciągała się na całą otoczkę, nie tylko jaskiniową, ale i wspinaczkową – nie wypadało zapytać kolegów, co załoili, tak jak nie wypadało chwalić się „ale załoiliśmy!”.  Wiele wartościowych przejść stanowiło swoistą tajemnicę zespołu, który w nich uczestniczył (co jeszcze bardziej cementowało więź), a ujawniało się dopiero podczas składania w klubie wykazu przejść.

Wykazy przejść to zupełnie oddzielny temat, niezrozumiały dla dzisiejszego pokolenia, które z radością wypełnia „zeszyciki” i „excelle”. Wtedy wiele przejść odbywało się właśnie pod wykazy – funkcjonował system stopni alpinistycznych i do każdego trzeba było przedstawić odpowiednią liczbę jaskiń i dróg wspinaczkowych o określonych stopniach trudności. Na każdy kolejny stopień odbywał się egzamin – klubowy, środowiskowy (mniej więcej „wojewódzki”) i państwowy. Był sympatyk, kandydat, samodzielny taternik, samodzielny z uprawnieniami zimowymi i zwyczajny.


Te w pionie jaskiniowym były zawsze o stopień niższe niż na powierzchni. Potem trzy stopnie instruktorskie. Zanim zlikwidowano kartę taternika, dorobiłem się stopnia „zwyczajny taternik jaskiniowy, samodzielny taternik (powierzchniowy) z uprawnieniami zimowymi”. No i instruktor taternictwa jaskiniowego, wtedy także z uprawnieniami powierzchniowymi.  Kilka lat temu wspinaczkowe uprawnienia instruktorskie odnowiłem, będąc egzaminowanym przez kolegów o połowę ode mnie młodszych.
Pamiętam jeden z egzaminów, chyba na „samodzielnego” – z topografii miałem wymienić otoczenie Doliny Wielickiej. Pamiętam dlatego, że była to jedna z dolin słowackich, w której wtedy jeszcze nie byłem. Na szczęście, na suficie nad łóżkiem miałem przyczepioną graniówkę Tatr, która siłą rzeczy przed snem i po obudzeniu wchodziła mi w głowę...
Pamiętam też, jak na jednym z egzaminów mój kolega, gdy odpowiedzi z pierwszej pomocy „nie przypasowały” egzaminatorowi, lekko wkurzony, przybił na karcie egzaminacyjnej pieczątkę „Lekarz medycyny Roman M.” i wyszedł z sali...

 

 

Jaskinia Gouffre Berger, 1980. Fot. Stanisław Kotarba


Wspomniana etyka wymagała także czuwania nad zespołami, które nie wróciły z gór (w latach siedemdziesiątych z różnych powodów nie można było całkowicie polegać na TOPR, wtedy Grupie Tatrzańskiej GOPR). W pewnego sylwestra, gdy wszyscy się bawili, kilku z nas „czuwało na trzeźwo” i gdy minęła godzina alarmowa, wyszliśmy z bazy w góry, bo Ginka, Falco i ktoś jeszcze nie wrócili ze wspinania na 14 Progów. Spotkaliśmy ich już po północy w dolinie – wszystko było OK, a to był jeden z najfajniejszych Nowych Roków w moim życiu.


No właśnie, baza to kolejna specyfika „jaskiniowców” – mieszkaliśmy po kilkadziesiąt osób w różnych góralskich chatach u podnóża Tatar Zachodnich, co sprzyjało integracji.
A teraz wspinacze. Zawsze byli bardziej „estetyczni”: mieli lepsze ciuchy, lepszy sprzęt, brak oporów przed chwaleniem się przejściami. Ale prezentowali także pewien rodzaj osamotnienia. Zespoły wspinaczkowe są małe, nie ma takiej integracji (pomijam oczywiście życie taborowe i schroniskowe. I to „bazowe” w górach wysokich). Dla mnie wspinacze podświadomie stanowili zawsze „wyższą kastę” niż grotołazi, a jednocześnie ci drudzy wydawali się bardziej wtajemniczeni w świat gór.

Co najmniej parę postaci łączyło wspinanie ze speleologią. Wymienisz ich nazwiska?
Oczywiście mógłbym wskazać wielu, ale wymieniając choć jednego, skrzywdziłbym pozostałych... A wszystkich przypomnieć nie sposób. Prawie każdy z wielkich wspinaczy starszego pokolenia przeżył swój „romans” z jaskiniami. Jaskinie są takimi kochankami, że albo szybko się je porzuca, albo kocha do końca życia i wtedy człowiek żyje w rozterce, tak jak ja..

 

 

 Bunkry w Janówku. Fot. arch. W. Porębski


Może jednak dasz się namówić i sypniesz nazwiskami?
Domagasz się... Proszę bardzo, podam kilka, ale zaznaczam, krzywdzę niewymienionych: Jurek Kukuczka, Benek Uchmański, Falco Dąsal, Rysiek Pawłowski, a z tych wciąż aktywnie działających w jaskiniach i na powierzchni, na przykład Rafał Kardaś czy Andrzej Ciszewski – najwybitniejszy polski, o ile nie światowy, grotołaz i świetny wspinacz skałkowy. Bardzo skromny. Skoro już o skromności mowa – warto pamiętać, że Andrzej Skwir Skwirczyński też był grotołazem.

Kiedy w speleologii można mówić o wyczynie?
Polscy grotołazi są uważani, obok Francuzów, za jednych z najlepszych na świecie. To u nas wykrystalizowało się pojęcie „sportowa eksploracja”. Bo kiedyś zależało nam na jak najszybszym pokonaniu głębokich jaskiń, ale później zwyciężył trend eksploracyjny – odkrywanie nowych jaskiń, nowych partii w tych już znanych.
I chyba eksploracja jest najważniejszą częścią speleologii, ponieważ nawiązuje do okresu wielkich odkryć geograficznych.
Są różne odmiany wyczynu – każdemu jego „naj”, według marzeń: najszybsze przejście, najdłuższa czy najgłębsza jaskinia, najgłębsza studnia jaskiniowa, ale chyba wszystko sprowadza się do najpiękniejszego przeżycia...

W jakich przełomowych wyprawach brałeś udział? Przypomnij te najważniejsze.
Brałem udział w kilku ważnych wyprawach. Na przykład Sima GESM-Gouffre Berger w 1980 roku. Po raz pierwszy w historii w czasie jednej wyprawy wszyscy (!) jej uczestnicy pokonali dwie bardzo trudne jaskinie o głębokości ponad tysiąca metrów. Miałem też szczęście odwiedzić kilka egzotycznych miejsc – zdarzyło mi się uczestniczyć w wyprawach jaskiniowych na cztery wyspy na czterech krańcach świata: Papuę-Nową Gwineę, Spitsbergen, Madre de Dios (Patagonia) i Wyspę Wielkanocną. Ale najwyżej cenię sobie działalność w austriackim systemie Lamprechtsofen – najtrudniejszej i najpiękniejszej jaskini, w jakiej zdarzyło mi się chodzić. Zresztą, wracamy tam każdego roku z Krakowskim Klubem Taternictwa Jaskiniowego, szukając coraz wyższych otworów tego największego trawersu jaskiniowego świata.

Gdzie się teraz jeździ?
Wyprawy jaskiniowe w dużej mierze były determinowane chęcią zwiedzania świata. Bo jaskinie są prawie wszędzie. Należy też pamiętać, że wyprawy są „wydarzeniem towarzyskim” – w moim przypadku zawsze spędzeniem miłych dni w gronie przyjaciół.

Wiele wypraw „egzotycznych” było jednorazowymi wybrykami, bez koniecznej w takich przypadkach kontynuacji. Systematyczną działalność Polacy prowadzą głównie w Alpach (Austriackie Alpy Wapienne), Włoszech, Słowenii, Albanii, Hiszpanii, na Kaukazie... Innymi słowy – gdzie wola, tam droga. Jest nadzieja, że Chiny będę również „programowo” eksplorowane, choć to inna bajka.

Właśnie wróciłeś z Chin. Co zdziałaliście?
To była międzynarodowa, amerykańsko-chińsko-polska wyprawa. Odkryliśmy w Syczuanie kilkanaście jaskiń, w sumie około dwunastu kilometrów korytarzy, z czego prawie dziewięć udokumentowaliśmy topograficznie. Chiny mnie nie zachwyciły – mieszanina dżungli i betonu, choć ludzie wspaniali. I żyje im się gorzej niż nam w czasach komunizmu, jednak wyglądają na szczęśliwych. Wciąż czuć na plecach oddech „Wielkiego Brata” – wymagano od nas precyzyjnych danych topograficznych, a jednocześnie zabroniono używania odbiorników GPS.

O ile się orientuję, połączeniem wspinania i speleologii były klasyczne wyjścia z jaskiń. Brałeś w jakichś udział?
Nigdy specjalnie nie ciągnęło mnie do tego, choć bardzo dużo wspinałem się w jaskiniach, głównie w celach eksploracyjnych. Owszem, zdarzyło mi się wyjść klasycznie z kilku jaskiń tatrzańskich, przy czym słowo „klasycznie” jest w tym przypadku pewnym przekłamaniem – chodzi o wyjście bez użycia lin wiszących od góry, natomiast w samej technice jest wiele haczenia, żywych drabin i innych metod, które trudno nazwać „wspinaczką
klasyczną”.

Jednym z moich wspinaczkowych sukcesów w jaskiniach było pierwsze klasyczne (czysto klasyczne w klasycznym rozumieniu słowa :-)) przejście tak zwanego Progu Męczenników w Jaskini Miętusiej. Wcześniej to miejsce pokonywało się wielogodzinnym „oblężeniem”, przy pomocy masztu, techniką sztucznych ułatwień itp. Ja założyłem korkery, przypiąłem do uprzęży kilka kostek i w 28 minut pokonałem próg. Miałem wtedy formę!

Inny sukces to wspięcie się do najwyższego pokonanego od dołu punktu w jaskini Lamprechtsofen, na +1050 m od otworu. Ponieważ działaliśmy w nocy (to specyfika wymiennych „szycht” z biwaków jaskiniowych), partie zostały nazwane „Tysiąc o północy”. Potem już nikt wyżej nie wyszedł, znaleziono górny otwór i kolejne wyprawy działały z plateau, a nie z doliny. Generalnie, gdy w jaskiniach trzeba było się wspinać, zawsze się pchałem na
pierwszego :-).

 

 

Lalka, Prawe Podzamcze, 1977. Fot. Krzysztof Koz


Na powierzchni wspinałeś się dużo w Tatrach Zachodnich. Przypomnijmy młodzieży, skąd wziął się pomysł, by działać właśnie tam.
Podobnie jak w przypadku „wspinanie – grotołażenie”, przez długi czas nie rozróżniałem Tatr Wysokich i Zachodnich. To przyszło naturalnie. Ponieważ lato spędzałem zwykle na Polanie Rogoźniczańskiej, blisko wylotu Doliny Kościeliskiej, siłą rzeczy moje wyjścia wspinaczkowe wielokrotnie odbywały się właśnie tam.
Mimo towarzyskiego usposobienia, miałem dni „wilka samotnika” i włóczyłem się bez partnera po Tatrach Zachodnich. Pokonywałem łatwe drogi wspinaczkowe, ale nie tylko – myślę, że jak mało kto poznałem wiele ścian w Małej Łące, Dolinie Miętusiej, Kościeliskiej, chodząc w poszukiwaniu jaskiń systemami półek, zachodów, kominków itp. Podczas tych wędrówek nie wspinałem się konkretnymi drogami. Po prostu zaczynałem w dolinie, kończyłem na szczycie. Ale oczywiście, poza tym programowo wspiąłem się na „kilka” fajnych dróg w Zachodnich. Niektóre z nich były nowe,
nigdy nieopublikowane.

 

Jesteś współautorem drogi W Czasie Deszczu Dzieci Się Nudzą. Opowiedz o tym przejściu i twoim partnerze.
Jak to często bywa, mieliśmy jechać w kilka osób, ostatecznie we dwóch z Krzyśkiem Kozą (teraz nazywa się Korda) wylądowaliśmy pod Raptawicką Turnią, gdzie biwakowaliśmy w małej grotce. Wspięliśmy się na jakieś drogi – na pewno Filar Malczyka, Komin Pragera...
Potem zaczęło padać. I rzeczywiście, po kilku godzinach, z nudów, widząc, że deszcz zacina tak, że ściana jest sucha, a my sprężeni, wypatrzyliśmy pas fajnych, potrzaskanych szczelinami płyt na prawo od Pragera. Szliśmy trochę na siłę, by za bardzo nie zbliżać się do komina.
Drogę wyceniliśmy na VI.1+, choć tu mała uwaga – zawsze miałem kłopot z oceną trudności, zwłaszcza powyżej szóstki. Dla mnie coś było do przejścia: albo swobodnego, albo na granicy odpadnięcia. Cyfry dawałem intuicyjnie, często opierając się na zdaniu partnerów. Na drodze W Czasie Deszczu Dzieci Się Nudzą najtrudniejszym miejscem dla mnie był przechwyt z kępy trawy, w której rosła szarotka. To mój ulubiony kwiat, więc zamiast wyrwać kępę, pod którą czaiła się klama, wolałem trzymać się trawki.

W 1982 roku z Dariuszem Piętakiem pokonaliście klasycznie Direttissimę Do Motyla. Skąd pomysł na wspinanie klasyczne, było na to jakieś parcie?
Z Darkiem wspinało mi się najlepiej w życiu. Także w jaskiniach. Bo to nie był tylko partner od liny – słuchaliśmy tej samej muzyki, czytaliśmy te same książki, graliśmy w brydża i piliśmy grzańce z tanich win. Przez jakiś czas byłem „rezydentem” domu Eli i Darka (bo on się wcześniej „ustatkował”). I te nasze rozmowy, o życiu, świecie... Byliśmy i jesteśmy przyjaciółmi, mimo że rzadko się widujemy. Nieskromnie powiem, że w tamtych czasach stanowiliśmy awangardę, wyprzedzaliśmy technicznie i mentalnie pozostałych klubowiczów. W skale i w jaskiniach. Wiele dróg skałkowych odhaczyliśmy, wiele nowych wytyczyli. Wspinało nam się razem wspaniale, uzupełnialiśmy się: ja byłem specem od wszelkich rys, zacięć, kominów, a Darek miał (i dalej ma) nieprawdopodobny talent do wspinania po płytach i gładziach – zawsze wypatrzy coś, czego da się złapać koniuszkiem palców. I co najważniejsze, asekurowaliśmy się bardzo solidnie, a jednocześnie szybko. Nigdy nie bałem się lotów w towarzystwie Darka i myślę, że on miał podobnie, gdy ja asekurowałem. Lubiliśmy się wspinać w czerwcu, gdy w górach było jeszcze pusto, a dzień długi, choć niejedna burza spłukała nas z różnych ścian.

 

 

Granaty, 1978. Fot. Włodzimierz Matejuk


W stanie wojennym trzeba było mieć przepustki. Pierwsze załatwiliśmy chyba przez telewizję, potem to już była radosna twórczość poligraficzna (nie mieliśmy wtedy komputerów, skanerów itp.). Posterunki były dwa – na Wierchu Poroniec autobus się zatrzymywał i WOP-iści sprawdzali wszystkich pasażerów. Nad Czarnym Stawem od 5 rano dyżurował jakiś żołnierz i zapisywał nas w kajecik. Czasami nie pozwalał wspinać się na szczyty graniczne. By iść na przykład na Kopę Spadową, trawersowaliśmy Kazalnicę (ci, co to robili, a było nas wielu, wiedzą którędy). Gdy się orientował, próbował nas gonić, ale nigdy mu się nie udało, zresztą pewnie nie miał motywacji – to byli chłopcy ze służby zasadniczej. Czasami przymykał oko za paczkę kartkowych fajek.

Na Direttę nie poszliśmy z zamiarem uklasycznienia, nie myśleliśmy o tym. Dla nas była to droga VI A2, ale ponieważ „A2 to dla nas pryszcz”, nie wzięliśmy nawet ławek. A potem poszło jakoś zupełnie spontanicznie. Uczciwie muszę przyznać, że według mnie to Darek poprowadził najtrudniejsze miejsce drogi – płytę poniżej Motyla. Ja na wyciągu z Motylkiem dwa razy odpadłem (raz z blokiem, który na szczęście minął Darka, bo stanowisko było lekko z boku). O ważności przejścia dowiedzieliśmy się dużo później. Czasami, szczególnie ostatnimi laty, gdy patrzę na ścianę Kazalnicy i odszukuję wzrokiem drogi, które przeszedłem, myślę sobie „to niemożliwe, że ja tam byłem”.

Całość wywiadu znajdziecie w GÓRach nr 228

Pytał: Andrzej Mirek

KOMENTARZE
Nick *:
 k
Twoja opinia *:
 
Dodaj komentarz
 
 
 
Copyright 2004 - 2024 Goryonline.com