baner
 
 
 
 
baner
 
 
 
2023-12-04
 

Safiental na weekend

Jeszcze kilka lat temu Safiental kojarzyło mi się wyłącznie z lodospadami wylewającymi na zboczu Wisshornu, ale wkrętka w skitury sprawiła, że od poprzedniej zimy spoglądam na tę dolinę nieco innym okiem.

Marek gdzieś za Strätscherhornem (2557 m), na podejściu na Tomülgrat (2764 m). W tle Wisshorn (2988 m), Alperschällihorn (3036 m) i Pizzas d’Anarosa (3002 m); fot. Piotr Kaleta

 

Dolina jest długa – od skrętu w Versamie do ostatniego parkingu trzeba przejechać 24 kilometry. Na początku nic nie zapowiada, że są tu hektary przyjemnie nachylonego terenu. Wręcz przeciwnie – po porośniętych lasami stromych zboczach, dominujących przez większą część drogi po obu jej stronach, można by się spodziewać raczej hardych zjazdów. Jednak w miarę jak zostawiamy za sobą Safien-Platz, krajobrazy zmieniają się radyklanie. Co prawda Gelbhorn i Schwarzhorn oraz wspomniany Wisshorn nadal górują nad lewą częścią doliny, ale teraz wzrok ucieka już na prawo, na Tällihorn, Piz Tomül i Tomülgrat.

 

Przed wbiciem się w dolinę jedziemy z Markiem jeszcze na małe zakupy do Bonaduz, po czym wracamy na drogę do Safiental. Kawałek podjazdu znałem z ubiegłego roku, z krótkiego wypadu z Magdą na dreptanie kanionem, w którym płynie Vorderrhein. Dolina okazuje się długa, ale nie to robi największe wrażenie. Zaskoczeniem jest droga w jej górnej części, a raczej jej stan – to wąski i spękany asfalt na jedno auto, z mijankami. Bardzo nie chciałbym jechać tędy po jakimś opadzie. Toczymy się do samego końca wsi, a nawet dalej, do ostatniego kawałka odśnieżonego asfaltu i parkingu przy nim. Wszędzie po drodze mijamy tabliczki, że parkowanie na maksymalnie 12 godzin, a na kilku dodatkowo „parkverbot” między 22.00 a 6.00. Z rana się tym nie przejmujemy, a o to, gdzie zanocujemy z naszą traficzką, będę się martwić wieczorem. Teraz zaczynamy szykować się do wyjścia. W sumie jesteśmy późno, bo po 9.00, ale po nas podjeżdża kilka innych aut, więc nie jest chyba tragicznie.

 

Starsze małżeństwo, kręcące się przy samochodzie obok, chwali się znajomością kilku podstawowych słów po polsku – fajne to. Mimo że wczoraj wieczorem rozpracowywaliśmy przewodnik i mapy, dziś trochę owczym pędem idziemy za ludźmi, który ruszyli przed nami. Oczywiście rzucam okiem na zapis śladu podejścia znaleziony w necie, ale dopóki teren puszcza, a kierunek jest mniej więcej OK, nie wpadam w panikę. Obserwuję za to z dużym zaciekawieniem otoczenie w tej nowej dla mnie dolinie… Przede wszystkim uformowane na zboczu Wisshorna cztery lodospady, z których również słynie.

 

 Podejście na Piz Guw (2707 m) i na Tällihorn (2855 m) ma wspólny start, więc bywa tłoczno; fot. Piotr Kaleta

 

Początek naszego dzisiejszego foczenia to ścieżka dla biegówek i dopiero przy mostku pytam kontrolnie kogoś z napotkanej grupy, czy podchodzimy na Strätscherhorn. „Tak, to tędy” – słyszę w odpowiedzi. Teren jest średnio stromy, zakosujemy od czasu do czasu. Pierwsza przerwa wypada przy zabudowaniach jakiegoś gospodarstwa. Widoki dookoła powalają, a masywy Bruschghorn (3056 m), Gelbhorn / Piz Mellen (3035 m) i Pizzas d’Anarosa (3002 m) prezentują się naprawdę zacnie. Do tego wczorajszy deszcz na dole przyniósł kilka centymetrów świeżego śniegu, więc zbocza są przeczyszczone ze śladów niedawnych zjazdów. Bajka.

 

Za zabudowaniami teren robi się bardziej stromy i na dodatek zbocze rozdziela głęboki, zawiany śniegiem żleb. Wybieramy prawą stronę – sam nie wiem czemu. Może dlatego, że szlak wyznaczał idący przed nami miłośnik rakiet śnieżnych? W każdym razie, inaczej niż na przeciwnej stronie żlebu, tu mamy lawirowanie między nawisami a wystającymi ze śniegu trawami i palikami od pastuchów. Teren przed kopułą Strätscherhorn (2557 m) lekko się kładzie. Widoki na otaczające nas szczyty są z niego jeszcze ładniejsze niż z podejścia, mógłbym przyrównać je chyba tylko do tych z Am Flach w Zillertalu. Aż nie chce się schodzić kilkudziesięciu metrów, by znów zacząć podejście pod cel naszej tury, Tomülgrat (2764 m).

 

To znaczy ja schodzę, bo nie chce mi się motać z fokami dla 100 metrów zjazdu, natomiast Marek woli sprawdzić jakość śniegu, więc się przepina. Jakoś wtedy wypatruje też powyżej nas grupę dziewięciu osób, które wystartowały rano w kierunku – jak się nam wtedy wydawało – Piz Tomül (2946 m). Poszli po prostu inną drogą i nie musieli schodzić z pagórka, którym tak naprawdę jest Strätscherhorn. Dojście do ich śladu przerywamy kilkoma postojami na zdjęcia. Przetartym terenem podchodzimy do szczytu ostatnich 300 metrów w pionie, obserwując przy tym, jak wspomniana ekipa stara się zaorać sporą część wschodniego zbocza.

 

Tekst i zdjęcia / PIOTR KALETA


Dalsza część artykułu znajduje się na naszej stronie magazyngory.pl


Wywiad został opublikowany w Magazynie GÓRY numer 1/2022 (284)


Zapraszamy do korzystania z czytnika GÓR > link


KOMENTARZE
Nick *:
 k
Twoja opinia *:
 
Dodaj komentarz
 
 
 
Copyright 2004 - 2024 Goryonline.com