baner
 
 
 
 
baner
 
2017-09-28
 

Wycie kojota

Zaciągam się słodkawym dymem i zaraz kaszlę, próbując utrzymać go w płucach. Krztusząc się, wyrzucam nosem drogocenną chmurę, a Dave z pobłażliwym uśmiechem rzuca:

 

– Tak, tak, bro..., to prawdziwe kalifornijskie ziele, a nie żaden chłam... Aaron potakująco kiwa głową, bo właśnie jest na wdechu, a Matt – jak zwykle – nic nie mówi. To dopiero mój drugi dzień w Dolinie, a już chwytam za nogi Nirwanę na porannym „Safety Meeting”. Moje nienawykłe płuca odrzucają zaloty marianny, ale sam też czuję się z tym nienaturalnie – trochę jakbym marnował te kalifornijskie delicje. Opuszczam następne sztachnięcia, bo niedługo mam wbić się w ścianę, więc nie chcę przeginać. Musiałbym nieźle poćwiczyć, żeby dojść do formy chłopaków i to nie tylko we wdechu, ale również we wspinaniu (właśnie wrócili ze wspólnego przejścia Virginii w 26 godzin). Leniwie wracamy do stolików cafeterii, przedzierając się przez rozkrzyczane gromady japońskich turystów i oldschoolowych  harleyowców z siwymi brodami a’la ZZ Top. Tom-fotograf właśnie kończy pokaz zdjęć z ostatniej sesji i zbiera się na swoją miejscówkę na moście. Reszta kończy gadanie i wychodzi, ustępując pola tym bezimiennym masom, które przyjechały podziwiać wodospady, dziką przyrodę i oswojone zwierzaki. Ekipa z cafeterii przenosi się na okoliczne ściany, polanę i most pod El Capem, czyli miejscówkę Toma – Wielkiego Maga Sezonu w Yo. Tam...? – bieżące komentarze o postępach na Wielkim Kamieniu, towarzyskie plotki, historie sprzed lat, King Cobra i chipsy z salsą.

 

 

Kolejne A3 - powyżej poleciałem na drabinie nitów...

fot. Tom Evans

 

South Seas zaczęła mówić do mnie wbrew kawiarnianym poradom i rekomendacjom. Jakoś tak sama z siebie prosiła się o przejście swoją długością, dzikością linii i przewieszeniem. Zawsze chciałem długo być w ścianie, więc kiedyś musiał przyjść na to czas. Spakowałem się na 14 dni, ale przyszło mi siedzieć o 2 dni dłużej i jeszcze dodatkowy biwak pod ścianą w nocy przed wejściem – nie szkodzi, właśnie tego szukałem...

 

 

U Toma na moście z Aaronem

fot. Tom Evans

 

Przebierając nogami w powietrzu, podwieszony do spita na szóstym stanowisku, znowu walczę z rurkami portaledge’a, próbując rozłożyć kolejny biwak. Jest już po 22, kiedy wchodzę do śpiwora i nawet nie zamierzam nic gotować – przegryzam batona i zamykam oczy. Czekałem na ten piąty wyciąg i myślałem o nim, wyobrażając sobie, że jeśli jest kluczowy na drodze i zrobię go clean, to nie będę musiał używać młotka. Rozczarowanie – haki wbijałem już w pierwszym dniu, ale za to najtrudniejszy wyciąg puścił w czystym stylu, mimo że poleciałem przy spotkaniu z rozwierającą się pod obciążeniem płytką. Nie ustąpiłem jednak i poprawiając ustawienie kostki, dostałem się do pewniejszej rysy, bez sięgania po młotek. Wtedy ogarnęła mnie euforia radości z pokonania kluczowego miejsca, ale już parę metrów wyżej znowu wisiałem na ciągu skyhooków, a wiatr szarpał linami, przerażając mnie wyobrażeniem o samoczynnym wypięciu pękatego i locie razem z nim. Złudna radość i pusta nadzieja zawsze maltretują mój umysł, więc tym razem – wpinając się do stanowiskowych nitów – przezornie stłumiłem eksplozję poczucia zwycięstwa. Wiadomo przecież, że to dopiero część ścianowej roboty, teraz trzeba zjechać, wyciągnąć przeloty, wyholować wory i... dopiero spać. To znaczy jeszcze wcześniej rozkładanie portaledge’a i cały biwakowy bałagan. Zaraz potem, pierwszy raz na tej drodze, zaczynam słyszeć własny głos:

 

– No i czego ci wiecej trzeba? Jaką masz alternatywę? Noc w sieci z twarzą niebieską od monitora? Poranek w biurze? (Wczoraj nie zdążyłem wyjść z pracy). Obce godziny w jakiejś fabryce? (Przykręcam śruby na taśmie jak Charlie Chaplin). Czy poranek przed czarodziejskim lustereczkiem, które właśnie zaczyna odpowiadać, kto jest najszczęśliwszy w świecie?

 

Brrrrr... lepiej już nie ciągnąć tego wątku, bo jeszcze kawał ściany przede mną. No, może jeszcze tylko...
– W fotelu z gazetą w ręku – to jest największe dno. Te wszystkie tragedie, oszustwa, plotki, sztuczne uśmiechy i sofistyczne wywody.

 

Kluczowy wyciąg puścił clean

fot. Regan

 

Na całe szczęście na biwakach w ścianie nikt nie dostarcza gazet. Następne dni mijają zupełnie niepostrzeżenie. Codziennie kładę się, rozsmakowując odpoczynek i niezwykłą scenerię wkoło mnie. Na kolację herbatka, kabanosik, rosołek, a później śpiworek i sen. Czasami tylko budzi mnie wyjący w oddali samotny kojot, ale przewracam się tylko na drugi bok – sny o potędze są silniejsze. Po biwaku – jak zwykle – wstaję przed świtem. Troche piszę – później kawka i owoce z pełnoziarnistym batonem. Jak codzień leniwie zabieram się do nastepnęgo wyciągu. Z hakowego amoku wybudzają mnie tylko krótkie, ale emocjonujące loty. Pierwszy zdarzył się na ciągu starych rivetów. Po prostu pękło łączenie drucianej pętelki, którą tuż przed drogą kupiłem w miejscowym sklepie. Lecąc, miałem wizję wyprucia całej drabiny nitów, z której szczytu właśnie odpadłem, ale nieoczekiwanie zatrzymałem się na następnym drucie zaciśniętym na innym prehistorycznym kawałku pręta – czasami nawet ja mam szczęście. Najgorsze jednak było małpowanie do nita, który utrzymał mój lot. Chyba ze strachu, zupełnie spersonalizowałem go, zaklinając ze wszystkich sił swoją nieudolną magią sympatyczną: – Kochany, teraz tylko nie rób żadnych jaj i poczekaj – zwyczajnie kurwa nie pękaj... Jeszcze parę chwil i odciążę cię...

 

Dziki wiatr...

 fot. Tom Evans

W sekundzie stałem się leciutki jak piórko na wietrze, po prostu siłą woli zbiłem wagę ciała i nawet powietrza nie wciągałem. Moje ruchy były płynne i falowałem po linie jak Billy Eliot w „Jeziorze Łabędzim”. Stałem się ideałem lekkości tak, że mógłbym stanąć w Sevres obok wzoru metra... Udało się! Chciałem go pocałować z radości, ale przecież... nie będę całował się z kawałkiem drutu.

 

Następnym razem było dłużej i z wyrywaniem misternie utkanych przelotów. Zaraz po trudnym wahadle, które opłaciłem strachem i zwątpieniem w morzu bezsilności, wszedłem w rysę o umiarkowanych trudnościach. Na początku z lękiem wyciągałem przeloty spod siebie, bo chciałem uniknąć problemów przy późniejszym czyszczeniu wyciągu. Powiesiłem się na starym headzie i założyłem coś solidnego. Właśnie wpinałem ławkę, kiedy poczułem, że żołądek podchodzi mi do gardła, a kolejne szarpnięcia oznaczają wyrywanie osadzonych punktów. Wreszcie zatrzymałem się na przedostatniej kostce, która uratowała mnie przed koniecznością powtarzania kowbojskich tricków na wahadle i dalszym lotem w nieznane. Wysoko w górze wisiał mój solidny cam z założonym karabinkiem – musiałem polecieć dosłownie na sekundę przed wpięciem się do niego. Pech. Szybko obandażowałem  palec obdarty ze skóry i ponownie zabrałem się do feralnej rysy, obiecując sobie, że to był już ostatni lot.

 

W hakowym amoku

fot. Tom Evans

 

Obietnicy jednak nie dotrzymałem, bo dwa wyciągi wyżej, kolejna płyta wyrzuciła mnie z dużym camem i choć nie wygladała na ruchomą, to jednak drgnęła pod obciążeniem. To było już ostatnie odpadnięcie, choć jeszcze parę razy byłem blisko oderwania się od ściany. Wspinanie bez lotów zawsze pociągało mnie do spekulacji o tym, że można byłoby zrobić taką drogę bez liny. Całe szczęście, to tylko myśli błądzące w znudzonych zwojach otumanionej głowy...

 

Od paru dni przyglądałem się zespołowi idącemu za mną. Bujali się na małpach, krzyczeli i pędzili do góry w liczbie pięciu wojowników pod wodzą Aarona (nie tego z Safety Meeting) i Jake’a. Właśnie tak. Napierali do przodu jak rzymski legion, aż w końcu dopadli mnie na półce, gdzie razem spędziliśmy biwak. Jakoś nieswojo czułem się w nieoczekiwanym towarzystwie takiego „tłumu”. Zaczęły się telefony do żon, dziewczyn, sekretarek, biur. Odbierali wiadomości, instruowali asystentki jak negocjować, ile prowizji można dać pośrednikom, na jakie warunki zgodzić się i kiedy zerwać rozmowy bez żalu porażki. Żony i dziewczyny wysłuchały czułych słów i sakramentalnych odpowiedzi – „ja też”. Zaraz potem nadszedł czas na browary i trawę. Częstowali mnie jednym i drugim, ale grzecznie odmówiłem, bo na szczyt nikt by mnie nie zaniósł. Zresztą nie żałowałem, zhaczenie następnych paru wyciągów było jak głębokie sztachnięcie – niczego więcej nie potrzebowałem. Moi goście ciągnęli ze sobą całkiem spory zapasik – po dwa piwka na głowę dziennie, co oznaczałoby, że weszli w ścianę z 50 King Cobrami – nieźle. „Mariana” nie było aż tyle, ale podobno i tak płuca pracowały każdego wieczoru. Rano obudziło mnie ich chrapanie, więc zaraz zebrałem się do wspinania. Później przepuściłem ich na drugim wyciągu. Pomknęli do góry, zostawiając mnie w ciszy i tylko raz jeszcze spotkałem Aarona na którymś ze stanowisk.

 

 

Zimny poranek po 13-tym biwaku. Później było tylko gorzej.

fot. Aaron Martin

 

W ostatnich dniach zrobiło się zimno – przenikliwe, udręczające, wstrząsające dreszczami. Zaczęło się deszczem i chmurami, a zostało lodowatym wiatrem o dzikich podmuchach. Zapomniałem o kalifornijskim słońcu, nakładając na siebie wszystko co miałem – nawet czapka się przydała. Najbardziej jednak cierpiały moje przemrożone ręce. Połamane paznokcie i obdarta skóra ze strupami rozrywanymi zawsze w tych samych miejscach usztywniały palce i zmuszały do bolesnej gimnastyki każdego ranka, zanim mogłem cokolwiek zrobić. Nabrzmiałe od opuchlizny dłonie zaciskałem i prostowałem niemal ze łzami w oczach. Regularnie co noc budził mnie rwący ból, mimo że wieczorem brałem środki uśmierzające. Otwieranie karabinków i grzebanie w metalowym sprzęcie okupowałem stłumionymi jęknięciami. Powoli miałem już dość i chciałem uciec z tego morza samotności. Jeszcze parę dni i zacząłbym słyszeć głos Barbry Streisand... Nawet kawa zaczęła się kończyć, więc zdecydowanie przyszedł już czas na szczyt. Został mi jeszcze ostatni biwak w niesamowitej scenerii najwyższej partii ściany na dwa wyciągi przed końcem drogi. Było naprawdę wysoko i niemal mistycznie – czułem zmęczenie i spokój spełnienia, mimo że jeszcze następnego dnia ostatnie metry były trudne, a wciąganie worów pochłonęło resztki sił.

 

 

Na biwaku “Island in the Sky

fot. Regan

 

Mimo głodu i zimna, charakterystyczne syknięcie otwieranej puszki i łapczywe wychylenie King Cobry na szczycie sprawiło mi ogromną przyjemność. Może dlatego, że sobie na to zasłużyłem? A może, to tylko takie subiektywne poczucie? Odpocząłem, przepakowałem wory i przy zachodzącym słońcu zacząłem zejście. Chociaż może odwrotnie? Może to już była jakaś forma następnego podejścia – tak tylko... „chwilowo w dół”. Przecież ostatecznie, każda droga zaczyna się i kończy na innej górze, bo plany rodzą się na szczycie, a wspinanie zaczyna w marzeniach...

 

South Seas
fot. Regan

 

osoby – zdarzenia – podziękowania

 

Tom Evans  – Człowiek–Dusza Yosemite Valley. Fotografik, który codziennie dokumentuje przejścia na El Capie. Sezon w Dolinie zaczyna się, kiedy Tom przyjeżdża swoim vanem, a kończy kiedy wraca, żeby przezimować w domu do następnej wiosny. Zna wszystkich i rzeczywiście wie, co się dzieje na Wielkim Kamieniu. Dzięki za wspólny lunch po powrocie z drogi, zdjęcia i stworzenie klimatycznej miejscówki na moście.

 

Timmy O’Neill – jeden z najbardziej aktywnych wspinaczy w Stanach. Wspina się wszędzie, szybko i z naturalną radością. Silnie zaangażowany w programy rehabilitacji i edukacji przez wspinanie. Współautor wielu oryginalnych filmów, nieszablonowych imprez i projektów. Dzięki za twórcze i radosne mącenie wody, podpowiedzi nowych dróg i umieszczenie mnie na swoim slideshow (sława). Zobacz jego stonę: www.timmyoneil.com


Sean O’Neill – zrobił Tempest, Zodiaka w 26 godz. (rekord szybkości po wyczyszczeniu drogi) no i teraz – Salathe Wall. W przejścia tych dróg wkłada wysiłek, który trudno jest zmierzyć w powszechnych kategoriach. Każda wspinaczka poprzedzona jest wielomiesięcznymi przygotowaniami i ciężkim treningiem. Od lat Sean porusza się na wózku. Drogi pokonuje, podciągając się na rękach  przy pomocy jumara ze specjalnie dorobioną rękojeścią. Witając się, nigdy nie potrafię objąć jego ogromnej dłoni. Dzięki za inspirację.


„Ottawa” Doug – kanadyjski solista z Ottawy regularnie wspinający się w Yosemitach. Po sąsiedzku robił Mescalito, wchodząc parę dni przede mną. Wspinał się we wspaniałym oldschoolowym stylu hardcorowego napieracza. Doug używał drewnianych kołków zamiast dużych camów, którejś nocy puścił na cały regulator „Dark Side of the Moon” Pink Floydów, a w cafeterii siedział max do 7:30. W naszych rozmowach przewijały się te same góry, drogi i nazwiska mistrzów: Doug Scott, Mugs Stump, Ivan Girardini, Wojtek Kurtyka...

 

Aaron „Wall Rat” Jones – idealne wcielenie amerykańskiej „climbing way of life”. Każdą wolną chwilę spędza w Dolinie. Wszystko czym zajmuje się poza górami, robi po to, żeby wspinać się. Aaron żyje w świecie przez duże „W” .

 

Walter – kiedy siedziałem w cafeterii nad notatkami, Walter poprosił z uśmiechem, żebym napisał w Polsce o czarnym kierowcy z Yosemite. To było o tobie soul brother... Tak jak chciałeś.

 

The Zodiac – Magia tej drogi przyciąga niemal każdy zespół w Dolinie. Są tacy, którzy powtarzają Zodiaca parę razy, nawet nie próbując wspinania gdzie indziej. Tymczasem niedługo po moim wyjeździe jakiś palant dobił dodatkowe nity powyżej Peanut Ledge. „Szanowny kolego”, wbij sobie te nity do swojej pustej głowy, a poźniej spróbuj więcej poćwiczyć, wtedy może wrócisz na tę drogę z należytym szacunkiem. Tymczasem mam nadzieję, że ktoś usunie to hańbiące żelastwo, za co z góry dziękuję.

 

The Nose – jak zwykle, na tej popularnej drodze walczyły tłumy, wspinając się w rożnym stylu. Od kilkunastogodzinnych biegów (zespół z Seattle) do reprezentantów stylu oblężniczego. Któregoś dnia, słyszałem coś jakby odgłos harleyowskiego silnika tylko, że o spotęgowanej sile. Okazało się to początkiem akcji ratunkowej po jednego ze wspinaczy, który poleciał 30 metrów rozbijając głowę i poważnie się łamiąc. Na szczęście było mu dane ujść z życiem dzięki brawurowej akcji helikopterowej. Ku ogólnemu zdziwieniu, po tygodniu, przykuśtykał na most, odgrażając się, że jeszcze tu wróci dokończyć drogę. Powodzenia –  tu zawsze się wraca...
www.reganclimbing.com


Droga: South Seas, El Capitan, Yosemite. Trudności: C4,A3+,5.9. Kiedy?:  między 24.05, a 08.06.2007. Styl: I przejście solo bez poręczowania, 16 dni.

 

Marek „Regan“ Raganowicz

GÓRY nr 9 (160) 2007

***

 

W naszej księgarni dostępna jest książka Marka Regana Raganowicza, Zapisany w kręgach



KOMENTARZE
Nick *:
 k
Twoja opinia *:
 
Dodaj komentarz
 
 
 
Copyright 2004 - 2017 Goryonline.com