baner
 
 
 
 
baner
 
2004-10-30
 

Zew ciszy i Smak gór

Jak szukałam pracy – wbrew pozorom recenzja... Redaguję książki i to jest podstawowe źródło mojego utrzymania. Zanim jednak do tego doszło, były lata chude, chcąc więc poprawić swój los, postanowiłam poszukać pracy.


Jak szukałam pracy – wbrew pozorom recenzja

 

Redaguję książki i to jest podstawowe źródło mojego utrzymania. Zanim jednak do tego doszło, były lata chude, chcąc więc poprawić swój los, postanowiłam poszukać pracy. Nie było łatwo, bowiem pokolenie czterdziestolatków, do którego należę, słabe jest raczej w pi-arach, marketingach i hop-do-przodu. Wymyśliłam, że skoro i redaguję, i mam jakieś pojęcie o wspinaniu, rzucę się na niwę książki górskiej, bo przecież ktoś taki, dwa w jednym, to dla wydawcy prawdziwy skarb. Okazja nadarzyła się wkrótce. W Morskim Oku przy okazji jakiegoś środowiskowego spędu bawił Znany Wydawca. Pomyślałam – spróbuję, może swój swojego zatrudni. Znajomi popchnęli, otuchy dodali i wspierali spojrzeniem. Podeszłam do stolika, przy którym Znany Wydawca jadł jajecznicę i zagaiłam. Nie spodziewałam się, że rzuci mi się na szyję, ale chciałam na przykład usłyszeć: „Kurde, wiesz, no przykro mi, ale teraz nie, ale daj swój numer...”. Co równa się „spadaj” ale jest znacznie milsze. Ja otrzymałam tylko jajecznicowe fuknięcie, że nie ma i nie będzie (trochę żółtka wylądowało na zaroście Wydawcy), poczułam się jak... no, nienajlepiej i postanowiłam już nigdy pracy nie szukać. Jednak za jakiś czas okazja, niestety, znowu się nadarzyła. Na targach książki przedstawiono mnie Wydawcy Literatury Górskiej. Przemogłam się i tym razem, dygnęłam, powiedziałam, kto jestem i czy ewentualnie... może... gdyby. Usłyszałam: „Eee, redaktorzy z Warszawy są drodzy”. Pisnęłam coś o możliwości negocjowania, ale wiedziałam, że znów spudłowałam. Los nie chciał jednak zostawić mnie w spokoju i na imieninach u kolegi poznałam kogoś z wydawnictwa, które, między innymi, wydaje pozycje górsko-szkoleniowe. Tu zaatakowałam śmielej, były wszak imieniny, wymieniliśmy się wizytówkami i już po pół roku zadzwoniono do mnie z tegoż wydawnictwa i zaproponowano zredagowanie... podręcznika do języka polskiego dla zerówek czy czegoś w równym stopniu związanego ze wspinaniem.

Powiedzmy jasno, nikt nie ma obowiązku mnie zatrudniać, na pewno są redaktorzy lepsi ode mnie, pracy już nie szukam, ale... No właśnie.

 

Wydawnictwo Stapis, które dzielnie i wytrwale wydaje literaturę górską, przygotowało dla nas nie lada rarytas, a mianowicie nową, jak na nasze warunki, książkę Joe Simpsona Zew ciszy, po którą sięgniemy tym chętniej, że wciąż mamy w pamięci emocje związane z filmem, w którym nikt nie czekał na Joe. I cóż tam znajdujemy? Są hełmy, kamieniopady (to chyba z rosyjskiego?), wspinacze wspinają się „na ścianę”, zakładają bazę „na Evereście”, noszą „pantofle wspinaczkowe” oraz występuje skała ze „skierowanymi w dół warstwami”, spadają skały, a nie kamienie i są „trasy wspinaczkowe” itp. Nie jest tego dużo, ale zgrzyta, oj zgrzyta... (A pozycje górsko-szkoleniowe? No cóż... Tłumaczy je ktoś, kto się wspina, więc uchwytów i karabińczyków nie ma, za to styl i gramatyka...). A wystarczyło zatrudnić fachowca...

Wytrzymajcie jednak zgrzyty i piski, i przeczytajcie książkę Simpsona koniecznie. Wiele powstało książek o górach i wspinaniu (choć u nas ciągle wydaje się ich zbyt mało). Kto tylko dotknął skały, dość prędko zaczyna czuć potrzebę dzielenia się swoimi poglądami na temat życia, miłości i śmierci, sensu wspinania, tego, jak i dlaczego złapał się lub puścił. Jednak tylko niewiele pozycji wchodzi na stałe do kanonu literatury górskiej, tylko niewiele skłania czytelnika do tego, by do nich wracał lub by zaczął się wspinać. Do takich właśnie książek zaliczam książki Joe Simpsona i zastanawiam się, dlaczego tak mi się podobają. W Dotknięciu pustki był dramat i suspens – to załatwiało w dużej mierze sprawę, choć oczywiście, jeśli Simpson byłby złym pisarzem, położyłby i taki temat. Książka Zew ciszy to nawet nie tom opowiadań, ale zbiór tekstów, w których wydarzenie, myśl, zamiar stają się pretekstem do snucia kolejnych opowieści czy refleksji. O atrakcyjności tej książki decyduje chyba jej szczerość, przemyślane sądy i to, że autor patrzy na siebie z dystansem. Umie też nazywać rzeczy po imieniu, opisywać stany ducha, jakie często sami przeżywamy, a których nie jesteśmy w stanie ująć w słowa.

W słynnym monologu (akt III, scena I) Hamlet mówi: „...Obawa tego obcego nam kraju, skąd nikt nie wraca nie wątliła woli, I nie kazała pędzić dni raczej w złem już wiadomym, niż popadać w inne, którego nie znamy. Tak to rozwaga czyni nas tchórzami...”

A Joe Simpson pisze: „W górach przeżyłem wiele i wystarczyłoby mi to do końca życia, więc zamiana znanego ryzyka wspinaczki na nieznany strach latania nie miała większego sensu”. Hamlet jednak się nie zabija, a Joe zaczyna latać. Obaj prą w niebezpieczne i nieznane. Dlaczego? To właśnie w swojej książce próbuje wyjaśnić Joe Simpson.

 

O drugiej książce, która właśnie się ukazała, można powiedzieć tylko jedną dobrą rzecz: jest bardzo ładnie wydana. Pomysłowy skład, ciekawa szata graficzna, urozmaicona czcionka... To pozycja wydana przez Stapis (szata graficzna) oraz wydawnictwo i drukarnię Infomax pod tytułem Smak gór. Ta traktująca o Ryszardzie Pawłowskim książka składa się z dwóch przeplatających się części. Pierwsza to ilustrujące wybrane momenty z życia sławnego himalaisty „opowiadania” pióra Piotra Wąsikowskiego. Roi się w jego tekście od niezręczności i trzeba dużo dobrej woli, by uznać je za licentia poetica. I tak mamy: „chciał, żeby tak chwila nie zatarła się nigdy”, „góra, którą miał pod nogami”, „Krzysiek zaczął zdejmować sprzęt z pleców Ryśka”, „Jedni ginęli, drudzy szli w górę. Tak jakby ogarnął ich jakiś amok” itd. Brak warsztatu literackiego sprawia, że autor ociera się o śmieszność, a cierpi na tym bohater książki.

Część druga to wywiad-rzeka z Ryszardem Pawłowskim, przeprowadzony przez dziennikarkę Grażynę Potworę. Pytania, mające być w założeniu prowokacyjne i odważne, są miejscami po prostu śmieszne i niezręczne, a także niepoprawne pod względem językowym. „Czemu tu mieszkasz? Z patriotyzmu?”, „Czy zdarza się, że chęć współzawodnictwa powoduje pozostawienie kogoś bez potrzebnej pomocy?” i perełka intelektualno-interpunkcyjna: „Co ty, myślisz o takim człowieku, który bez żadnych ćwiczeń, chce iść na K2?” Brawo, Pani Potworo. Jakaż gazeta Panią zatrudnia?

Książki nie oglądał niestety żaden redaktor ani korektor, stąd skandaliczna interpunkcja (a raczej jej brak) oraz błędy gramatyczne i składniowe. Jak widać, moje apele o dbałość o poziom wydawanych pozycji, wystosowywane od jakiegoś czasu w tej rubryce, są jak głos wołającego na puszczy. Wydawcy wiedzą lepiej. A więc sukcesów.

(Sprostowanie na prośbę wydawcy: na okładce książki Smak gór znajduje się zdjęcie autorstwa Grzegorza Bielejca, a nie Ryszarda Pawłowskiego, jak mylnie podano).

 

Joe Simpson, Zew ciszy, Stapis

Ryszard Pawłowski, Smak gór, Stapis, Infomax, cena 29.90 zł

 

Beata Słama

 

"Góry", nr 10 (125), październik 2004

 

(kb)

 

KOMENTARZE
Nick *:
 k
Twoja opinia *:
 
Dodaj komentarz
 
 
 
Copyright 2004 - 2024 Goryonline.com