baner
 
 
 
 
baner
 

Ryszard Pilch - „Najbardziej lubiłem wspinać się po płytach”

Działał na Jurze, w Tatrach i w Alpach. Był autorem pięknych, klasycznych linii, zarówno w skałkach, jak i na Zamarłej Turni. Drogi te w przewodnikach opisane są jako Pilchówki. Ryszard Pilch zmarł 11 listopada 2020 r. Jeszcze na początku tego roku na łamach GÓR opowiedział nam o swoich wspinaczkowych doświadczeniach, inspiracjach i walce z chorobą. Nie przypuszczaliśmy wówczas, że poniższa rozmowa okaże się ostatnią... 

Na Taborze; fot. arch. R.Pilch

 

CZYM KIEROWAŁEŚ SIĘ PRZY WYBORZE PARTNERÓW WSPINACZKOWYCH?


Nigdy nie miałem stałego partnera. Jadąc w skałki, Tatry czy w inne góry nie zastanawiałem się, z kim będę się wspinał. Po prostu jechałem, bo chciałem w górach przebywać. Byłem też na tyle pewny swoich umiejętności, że wiedziałem, iż bez względu na to, z kim wejdę w drogę, to ją zrobię. Oczywiście, nie mógł to być zupełny świeżak, niepotrafiący asekurować. Zawsze jednak miałem dobrych parterów. Ci, z którym chodziłem, byli świetnymi wspinaczami – Jasiu Fijałkowski, Janusz Nabrdalik czy Rysiek Pawłowski. Miałem bardzo dużo znajomych i przyjaciół wspinających się lepiej lub gorzej ode mnie, ale zależało mi nie na tym, jakie wartości wspinaczkowe prezentuje mój partner, tylko jak dobrym jest kumplem, jak fajnie z nim się rozmawia czy imprezuje. Ważne było podejście do samego wspinania – nie jak do wyczynu, ale do dobrego spędzania czasu, przygody i znajdowania w tym wszystkim frajdy.

 

TRUDNO PODEJRZEWAĆ PAWŁOWSKIEGO O ODPUSZCZENIE ASPEKTU RYWALIZACJI.


No, może faktycznie Rysiek był sportowcem... Chociaż on po prostu bardzo lubi się wspinać, a jak się coś bardzo lubi, to trudno, żeby nie sprawiało to frajdy. Nie da się robić czegoś non stop, traktując to wyłącznie jako obowiązek.

 

GDZIE SIĘ Z NIM WSPINAŁEŚ?


Na Raptawickiej Turni. Pojechaliśmy tam w ramach obozu Klubu Wysokogórskiego Katowickiego. Jako jedyny zespół prawie codziennie chodziliśmy się wspinać, bo reszta balowała. Na koniec my też zaczęliśmy wieczorami balować. 


Najwięcej z Ryśkiem wspinałem się na Triglavie, w czasie wyjazdu w Alpy Julijskie. Zrobiliśmy we dwójkę dużo dróg, głównie ze względu na Ryśka, który na wspinanie był bardzo napalony, jak wskazuje jego ksywka Napał. Byliśmy wtedy na podobnym poziomie technicznym, ale ja czasem miałem chęć odpuścić sobie, poleżeć, poopalać się i napić piwa, natomiast Rysiek, nawet jak był zmęczony po ukończeniu drogi, już planował, gdzie pójdzie nazajutrz. Pod tym względem to fantastyczny gościu.

 

JAKIM PARTNEREM BYŁ JANUSZ NABRDALIK?


Bardzo lubiłem wspinać się z Januszem. To był niezwykle fajny, wesoły człowiek. W skałkach razem wymyślaliśmy, gdzie by tu jeszcze można zrobić nową drogę. Dużo chodziliśmy na żywca, bawiliśmy się wspinaniem. Żywcowaliśmy idiotycznie, idąc koło siebie albo jeden nad drugim, nie martwiąc się tym, że gdy któryś się omsknie, to strąci partnera. Wędrowaliśmy tak od skałki do skałki. 

 

A W PRZYPADKU JASIA FIJAŁKOWSKIEGO?


Z Fijałem było podobnie jak z Januszem. Kiedyś solowałem Filar Dziewicy na Górze Kołoczek, a zza rogu pojawił się Fijał i spontanicznie wszedł w drogę za mną. Z nim i z Elżbietą Sosnowską [Sosnowską-Fijałkowską – przyp. red.] odhaczyłem Kant Hakowy na Mnichu. Widzieliśmy, że rysa jest na tyle solidna, że będzie można drogę przejść klasycznie. Zrobiliśmy ją, na dole dokładając jakiś nowy wariant. Poszło nam zupełnie spokojnie – nie znaleźliśmy tam trudności, bo byliśmy wtedy rozwspinani.

 

JAK TO SIĘ STAŁO, ŻE POPROWADZIŁEŚ WŁASNE LINIE W TATRACH?


Pierwszą drogę tatrzańską zrobiłem na Małym Młynarzu. Jest krótka, wiedzie filarem i ma piątkowe trudności. Wspinali się wtedy ze mną Piotr Bober i Marek Zygmański. Linia startuje z Wyżniej Skoruszowej Przełączki. Gdy znalazłem się na niej i zobaczyłem profil ściany Małego Młynarza, zakochałem się od pierwszego wejrzenia. W kolejnych latach bardzo często się tam pojawiałem – to moja ulubiona ściana w Tatrach.

 

Potem poszliśmy na Lewych Wrześniaków na Zamarłej Turni i na prawo zobaczyłem piękne płyty. Już wtedy pomyślałem: „Ale byłaby tam ładna droga”. Bo najbardziej lubiłem wspinać się po płytach. W następnym roku poszedłem tam z tymi samymi chłopakami i zrobiliśmy nową drogę. Wspinałem się w polskich adidasach z plastikową podeszwą – w nich też podchodziłem, a przed wejściem w drogę zakładałem kolejną grubą skarpetkę, żeby stopa była dobrze opięta.

 

Prawa Pilchówka powstała w ten sposób, że pojechałem na Zamarłą Turnię z kolegą z klubu, Jackiem Skowrońskim który później zginał w Himalajach i najpierw chcieliśmy przejść Prawych Wrześniaków lub Komarnickich, ale podchodząc pod ścianę, zauważyliśmy, że na prawo od tych dróg są piękne płyty. Wbiliśmy się w nie i zrobiliśmy nową linię.


 Przejście Pilchówki na Zamarłej Turni; fot. Michał Kochańczyk

 

WBILIŚCIE SIĘ I ZROBILIŚCIE… PO PROSTU?


Wtedy na ścianach było dużo miejsca na nowe drogi, nie to, co teraz. No i nie było patentowania, przechodzenia nowej drogi po parę razy. W każdym razie ja tak nie robiłem – w skałkach też. Jak była ładna płyta, bach i przechodziłem ją od strzału. Gdybym odpadł, na pewno tego samego dnia już bym nie próbował… Może później. Generalnie, jeśli spadło się z jakiejś drogi, to oznaczało, że się do niej nie dorosło. Za jakiś czas, będąc silniejszym, można było na nią wrócić. Chodziło o to, żeby nie katować drogi, żeby przejść ją ładne i spokojne. Teraz wyczyn jest bardzo ważny. Motywujesz siebie i innych do postępu. Zawodnicy sponsorowani muszą pokonywać coraz trudniejsze linie, a ja nie przypominam sobie, żeby za moich czasów ktokolwiek miał jakieś pieniądze ze wspinania. Teraz są takie czasy, ale nie można mówić, że tego nie lubimy i obrażać się na to.

 

TWOJE WSPOMNIENIA Z TABORU W MORSKIM OKU?


Pamiętam, że kiedyś rozpięliśmy tyrolkę przez cały Tabor, miała jakieś 40 metrów długości. Hamowanie wyglądało różnie, bo wtedy nikt się nad tym nie zastanawiał. :-) Chodziliśmy też do chatki Długosza i robiliśmy imprezy. Słyszałem, że później ją zniszczono, szkoda. Niezłą frajdą była jazda na deskorolce. Raz z kolegą zjechaliśmy aż do Roztoki, tam zanocowaliśmy i następnego dnia wróciliśmy autobusem.

 

Odwiedzały nas niedźwiedzie. Zdarzyło się, że kiedy nikogo namiot stał pusty, niedźwiedź wszedł do środka, rozwalając go zupełnie. We wrześniu na Taborze pojawiało się dużo jeleni. Wtedy można było tam siedzieć, jak długo się chciało, nie zamykano obozowiska pod koniec sierpnia.

 

 Jan Fijałkowski, Janusz Baranek i Rysiek Pilch na zakupach sprzętowych w Premanie, 1983 rok; fot. arch. R. Pilch

 

MAM WRAŻENIE, ŻE DUŻO IMPREZOWALIŚCIE.


To prawda. Najlepsze imprezy odbywały się wieczorami w skałkach pod Okrętem lub w Rzędkowicach. Zawsze było ognisko i dużo alkoholu. Kiedyś mieliśmy więcej luzu, chociaż za wszystko trzeba było płacić samemu. Ale pociągami jeździliśmy na gapę, żeby oszczędzić pieniądze. Kupno piwa miało większy priorytet niż bilet PKP. Tym bardziej że wtedy z pociągu można było wyjść na stacji i poczekać, aż konduktor przejdzie. Teraz chyba tak się nie da.

 

JAK TRAFIŁEŚ DO SZWECJI?


Mój kolega, Wiesiek Bober, który tak jak ja należał do Klubu Wysokogórskiego w Gliwicach, będąc na studiach, wyjechał na Zachód. Został tam i stwierdził, że chce zamieszkać w Szwecji. Byliśmy ze sobą w kontakcie listowym, ponieważ wówczas trudno było dzwonić za granicę. Dał mi znać, że w samym Göteborgu są świetne skałki, z nawet kilkuwyciągowymi drogami. Zapisał się do tamtejszego klubu wysokogórskiego i wspinał się ze Szwedami, pojechał z nim nawet na wyprawę na Everest.

 

Gdy w 1981 roku mieliśmy już w Polsce namiastkę wolności i mogliśmy dostać paszporty, Wiesiek wysyłał mi zaproszenie. Pojechałem do niego zobaczyć, jak żyje, i powspinać się, poza tym załatwił mi dobrą pracę. Chodziliśmy w granitowe skałki robić drogi na własnej asekuracji.


W szwedzkich skałach - 1981 rok; fot. arch. R.Pilch

 

CO UDAŁO CI SIĘ POKONAĆ W ALPACH?


Na początku zrobiłem z kolegą z KW Gliwice, Tadziem Makulskim, jakąś drogę Pioli o trudnościach VI+, później na wschodniej ścianie Mont Blanc przeszliśmy drogę Majorwspinaliśmy siętam w dwa zespoły dwójkowe. Oprócz tego wspinaliśmy się na Petites Jorasses, na czysto skalnej drodze, chyba Contamine.

 

JAK POWSTAŁA STRONA LOJANCI.ORG?


Miałem sporo zdjęć – mniej ze wspinania w Tatrach, bo tam fotografowanie było bardziej kłopotliwe, za to dużo więcej ze skałek. Skanowałem je i wysyłałem do przyjaciół, między innymi do Jasia Fijałkowskiego, który z zawodu jest informatykiem. „Rysiek, załóż stronę i wrzucaj na nią zdjęcia” – powiedział. Nawet nie wiedziałem, że można mieć taką stronę. Fijał założył mi ją w 2004 roku i najpierw wstawiłem na nią swoje zdjęcia, a późnej zacząłem dzwonić do bliskich znajomych, żeby przesyłali mi fotografie. Teraz mam ich już około 10 000 – ogrom!

 

Było z tym jednak dużo roboty i kłopotu, bo wielu znajomych wprawdzie ma fotografie, ale ze względu na pracę nie dysponuje czasem, a poza tym nie każdy ma dostęp do skanera. Niektórzy byli mniej oporni, inni bardziej, ale po 5, 10 czy 50 telefonach udało mi się w końcu ich namówić. Nadal jednak najbardziej uparci są Duśka i Zbyszek Wachowie. Gdy dzwonię, mówią, że mają, zeskanują i wyślą... Ale na tym się kończy. Jak sobie o tym przypomniałem, pewnie dzisiaj znowu do nich zadzwonię. Teraz, kiedy nie chodzę, każde zdjęcie jest dla mnie frajdą, nawet oglądanie krajobrazu.

 

CZY MOŻNA DODAĆ WŁASNE ZDJĘCIA NA STRONĘ?


W Galerii jest opcja, że po wygenerowaniu hasła można założyć własną „podgalerię” i tam wstawiać zdjęcia.

 

PROSTUJECIE BŁĘDNE INFORMACJE?


Nie poprawiamy opisów, ale dodajemy komentarze. Na początku strona żyła bardziej intensywnie i komentarzy było znacznie więcej. Ludzie nadal wstawiają zdjęcia, ale najczęściej opisywać im się nie chce. Galeria Mirka Krawczyka jest wyjątkiem, bo jego opisy są bardzo rozbudowane, to prawie książki.

 

MOŻESZ MÓWIĆ O SWOJEJ CHOROBIE?


Niektórzy ludzie mają zahamowania i nie mówią o schorzeniach… Nie ja. Przytrafiła mi się nieuleczalna choroba – stwardnienie rozsianie. Tak w życiu bywa, no i tyle. Stałem się niesprawnym facetem, a wcześniej jeździłem na rowerze i na nartach, pływałem na windsurfingu i trenowałem w klubie lekkoatletycznym Piast Gliwice. 

 

JAK WYGLĄDA LECZENIE?


Choruję już od kilkudziesięciu lat. Na początku leczyłem się tak, jak kazali lekarze – co drugi dzień dostawałem zastrzyki z betaferonu. Zarzuciłem to, bo podczas kuracji bardzo mi się pogorszył stan zdrowia. Widząc, że oficjalna medycyna nie pomogła, a wręcz zaszkodziła, przeszedłem na medycynę naturalną. Leczę się dietą, suplementami, cały czas trwa rehabilitacja i jakoś utrzymuje mnie to na powierzchni.

 

CO CHCIAŁBYŚ POWIEDZIEĆ MŁODSZEMU POKOLENIU?


Wspinajcie się, to świetna zabawa!

 

***

GÓRY nr 272 (1/2020)

KOMENTARZE
Nick *:
 k
Twoja opinia *:
 
Dodaj komentarz
 
 
 
Copyright 2004 - 2020 Goryonline.com