Wspomnienie ostatniej, tragicznie zakończonej wspinaczki Wiesława Stanisławskiego i Witolda Wojnara, w opowiadaniu Justyna Wojsznisa z 1933 roku [Redakcja].

Kościółek w górnej części Doliny Batyżowieckiej
–To może ostatni mój sezon letni w Tatrach. Muszę zrobić ze sześćdziesiąt problemów. Pożegnać się z Tatrami. W zimie jeszcze przyjadę na urlop z wojska. Potem ty skończysz ten roczny kurs. Już ja cię przypilnuję. I razem do Ameryki Południowej. Jeszcze roczek wkuwania, potem kilkoletni kontrakcik, zbierze się trochę forsy i góry…
– Długie, ciężkie miesiące treningu i cudów, cudeńków narobimy. Bez żadnych przewodników, tragarzy, tak skromniusieńko, ale tak wiesz… – I skrzą mu się oczy, i czuję mocny, męski uścisk dłoni.
Sięga ręką po jeden z grubych brulionów. Przeglądam tytuły: „Największe problemy Kordylierów… główne zadania… Territorio de Magellanes”. […]
– No a potem, jak się gruntownie poszwendamy po górach, siekiery w łapy i twój resort. Budujemy solidną łódź i te parę tysięcy kilometrów Amazonką. Miejscami całkiem dziki, niezbadany jeszcze kraj. To też będzie cudowna wyprawa. No, a jeszcze potem… – Wiesiek odrzuca głowę w tył, uśmiech mu schodzi z twarzy i twardo, powoli mówi:
– Himalaje… Nanga Parbat południową ścianą… Kanchendzenga północno-wschodnią… Czomolungma południową…
Wzrok mój pada na zapisany arkusz papieru. „26 punktów branych pod uwagę przy eksploracji terenów górskich”. Czyż nie mówi wyraźnie punkt dwudziesty: „Zasada: o ile istnieje taka możliwość i jej urzeczywistnienie nie grozi niepowodzeniem całej wyprawie, wchodzić na szczyt lub przełęcz od najwspanialszej strony (co zwykle bywa najtrudniejszym urwiskiem)”.
– …A przyjedź koniecznie w Tatry, pochodzimy sobie razem z Bolkiem [Chwaścińskim – przyp. red.], we trzech – już ja ci leniuchować nie dam. Przypomnimy sobie dawne czasy…
* * *

„Nagle do uszu moich dociera głośny hurgot. Oho, myślę, musieli puścić potężny blok.
Wyciągam zegarek. Jest trzecia za pięć minut…”
Roztoka…
– Stanisławski?
– Jest w tamtym pokoju, śpi.
Nie zdejmując ciężkiego wora, idę doń.
Pociągam za nogę. Zrywa się rozpromieniony i krzyczy:
– Nareszcie draniu przyjechałeś!
Uścisk ręki krótki, ale taki, co to swoje się wie. – Jak mi co przygotujesz, to zjem.
– Przynosi zapasy, szykuje herbatę i zaczynamy gwarzyć.
Chodzi teraz z Witkiem Wojnarem.
– Byczy chłop i dobrze się wspina. Puszczałem go już na pierwszego. Dwie drogi prowadził od początku do końca. A i do roboty w klubie się pali. Będziemy mieli z niego pociechę. Zaraz was zapoznam. To prawie zawodowy bokser – przedstawia. – A to jest Justyn.
– Byczo – mówi Witek. – Nareszcie pan przyjechał, będziemy chodzić we trzech.
– No to opowiedzcie coś o tym sezonie…
Zaczynają wyliczać, zrobili to i to, teraz odpoczywają. Witek opowiada, że kilka dni temu był tak spompowany, iż na podejściu do Litworowej spuchł pod ciężkim plecakiem i wywrócił się do potoku. Musieli się wrócić. Ale teraz wypoczęli i obaj czują się świetnie. Jeśli jutro będzie pogoda, to ruszamy.
– Gdzie?
– Chyba na Kaczy. Na Kaczy, to na Kaczy… – I zaczynamy grać w brydża.
Tekst / JUSTYN WOJSZNIS
Grafiki / EWA MARIA ROMANIAK
* * *
Tekst w całości przeczytasz w 303 (2/2026) numerze Magazynu GÓRY.
Opowiadanie Justyna Wojsznisa, Z ostatnich dni, opublikowane zostało w „Taterniku” XVII, nr 5-6, w 1933 roku, z późniejszym przedrukiem w antologii prozy taternickiej Jacka Kolbuszewskiego, Czarny Szczyt, z 1976 roku.
GÓRY (czasopismo oraz e-book) można kupić w naszej księgarni Książki Gór > link


