baner
 
 
 
 
baner
 

Södra Kungsleden - na pożegnanie zimy

11 MAJA


Droga jest biała. Jestem jedyną osobą w autobusie, kierowca radzi, żebym spała na stacji kolejowej w Storlien, proponuje, że mnie tam podwiezie. Że jest kaloryfer i nikt nie zajrzy do rana, nie ma policji. Ale chcę już iść, wśród ludzi czuję się nie na miejscu. Więc staje przy szlaku Södra Kungsleden. Pada, płatki oblepiają mnie jak bałwana. Śnieg klei się do pulki i nart. Na zjeździe wywracam się twarzą w zaspę. Zwalniam, jestem sama, pośpiech jest niebezpieczny – myślę, zresztą po co się spieszyć.

Podejście do schroniska Blåhammaren

 

W dole ciemnieje liściasty las, kluczę w krzakach, nad rzeką wiatka. To jedna z tych piknikowych, nie do spania. Ławki i miejsce na ognisko przykrywa metrowa zaspa. Dach z czapą śniegu, jak z bożonarodzeniowej pocztówki, błękitne światło, niezamarznięta rzeka i te spadające powoli płatki… Zaglądam jeszcze do toalety, do szopki obok. Pomieszczenie półtora na półtora metra. Drewniane, czyste, na ścianach dziwne metalowe obręcze – to śmietnik! Układam się tam po przekątnej. Schodzę tylko po wodę do rzeki, na nartach, bo trzeba wyjść na lód.

 

12 MAJA


Padało przez całą noc i rano. Puszeczka kupiona w Östersundzie pachniała dziegciem, miękka, brązowa masa nie przypominała smaru do nart. Ale sprzedawca był taki pewny siebie.

 

– To smar na dodatnie temperatury – mówił, a ja się śpieszyłam…

 

Ryzyk-fizyk, pomyślałam i spróbowałam to nanieść na pulkę. Za zimne, więc podgrzałam w kubku z herbatą. Teraz nakładało się jak miód – nie jak masło, niestety. Na ślizgach zastygły kluchy. Ani zerwać, ani rozsmarować. Pokazało się słońce. Na chwilę. Ale wystarczyło, żebym się spakowała. Pulka obrosła natychmiast. Ciągnęłam za sobą pół zbocza! Wdrapanie się na próg zajęło mi chyba ze dwie godziny. Mordęga. Dotarłam do gołoborza, znalazłam kamień i zeskrobałam to, co chciało zejść. Trochę się przy tym przykleiło mchu, ale miałam wrażenie, że jest już lepiej. Najgorszą śnieżycę przeczekałam w ratunkowym schronie. Rozpaliłam palnik i rozgrzaną puszką, którą ktoś tam porzucił, prasowałam nieszczęsny smar. Była też świeca, więc nasmarowałam spód. To pomogło.

 

Wyszłam, bo poprawiła się widoczność, ale zaraz dopadła mnie mgła. Nie widziałam ani jednego krzyża. Zupełnie nic. Długo posuwałam się krok po kroku, po linii w smartfonie. Była dokładna. Podejście strome, wiedziałam, że na szczycie stoi schronisko. Wielkie, nie do przegapienia. Aż stanęłam, kiedy się wynurzyło. Plątanina lodowych prętów od ziemi po dach. Sopel na soplu. Nachylone na wschód, z wiatrem. Mnóstwo budynków, mnóstwo zasypanych drzwi. Mróz, pewnie z kilkanaście stopni. Błękitny zmierzch i mgła. Zostawiłam bagaż i szarpałam kolejne klamki, aż jedna drgnęła. Za rogiem. Za ciągiem zasp. Drzwi przymarzły i musiałam odkuć lód. Trochę to trwało, ledwie znalazłam pulkę, tak ją zawiało. Pokój był duży, kilkanaście miękkich łóżek z kocami. Nie było pieca, więc godzinami topiłam śnieg na elektrycznym grzejniku. Być może za którąś lodową ścianką kryły się też drzwi do kuchni, ale już nie sprawdzałam. W książce gości żadnego wpisu od marca.

 

Schronisko Sylarna

 

13 MAJA


Narty, pulkę i szlakowe krzyże porosła pierzasta szadź. Wiatr gwizdał, ciężkie od wilgoci chmury gnały na wschód. Szlak opadał. Koło południa w niebie wyrwała się błękitna dziura, słońce odbiło się w wysmaganym zboczu i wszystko na powrót zmętniało. Na schronie narosła gruba zaspa. Ciężka i zlodzona, nietknięta od początku zimy. Minęłam to. Śnieg był świeży, więc niezbyt szybki. Jechałam spokojnie, nie hamując, prawie bezszelestnie. I niespodziewanie znalazłam się wśród reniferów. Wstały, patrzyliśmy sobie nawzajem w oczy. Zdjęcie – pomyślałam, ale nie zatrzymałam się. Żal mi było ich bezruchu i mojej płynności. Za rzeką widziałam już kolejny schron. Widziałam też schronisko, monstrum pod linią z prądem. Pewnie bym zdążyła na noc, ale przy chatce dopadła mnie śnieżyca, więc zostałam. Dwie prycze, stół, skośny dach. Nie paliłam, nie miałam nic do suszenia, a drewna już prawie nie było, kilka szczapek. Do wody wystarczył mi własny gaz.

 

14 MAJA


Renifery podeszły do samych okien. Cienie zrobiły się pięknie błękitne, podrywane przez wiatr tumany – złote. Wstawał słoneczny dzień. Widok szpeciła linia z prądem, więc patrzyłam tylko w drugą stronę. Na grani wirował śnieg. Na wprost schroniska piętrzyła się ogromna zaspa, sięgała do drugiego piętra, pomiędzy nią i budynkiem był lej. Zalodzony, więc zeszłam ostrożnie. Natopiłam wody na kuchence, nagotowałam owsianki na zapas. Dziwnie było siedzieć w fotelu na wprost okna zasypanego w całości, z intrygującą instrukcją „nie otwierać”.

 

Tekst i zdjęcia / KATARZYNA NIZINKIEWICZ


Całość tekstu znajdziecie w magazynie GÓRY numer 6/2022 (289)



Zapraszamy również do korzystania z czytnika GÓR > http://www.czytaj.goryonline.com/

KOMENTARZE
Nick *:
 k
Twoja opinia *:
 
Dodaj komentarz
 
 
 
Copyright 2004 - 2024 Goryonline.com