baner
 
 
 
 
baner
 
2004-04-23
 

PATAGONIA - do góry nogami (FITZ ROY)

..."Quatro cervesas, por favor" ("Cztery piwa poproszę"). Coś mi mówi, że wyprawę do Patagonii można uznać za rozpoczętą...


Argentyńska stewardessa ze zdziwieniem patrzy na chłopaków. "Niedzwiedź" - trzymając w rękach mini rozmówki polsko-hiszpańskie i żywo gestykulując, wspomagany w tym przez Maria - sylabizuje słowo: Bo-te-ga (po hiszp. "winiarnia"). W pewnym momencie nieco zirytowany pyta nas: "Chłopaki, jak poprosić o wino?" "Aaa... Vino. Red or white?" uśmiecha się pracownica linii Aeorlineas Argentinas.
Chwilę później, dobrze przetrenowawszy zawczasu z innymi uczestnikami wyprawy, "Niedzwiedź" udaje się na koniec samolotu i pewnym siebie głosem prosi: "Quatro cervesas, por favor" ("Cztery piwa poproszę"). Coś mi mówi, że wyprawę do Patagonii można uznać za rozpoczętą.

Wyjazd planowaliśmy niby od półtora roku - od podróży na Alaskę. Jednakże tak naprawdę do Patagonii chciałem pojechać od zawsze, a już na pewno od momentu, kiedy to po raz pierwszy zobaczyłem w prasie zdjęcia z wyprawy "Szczyt na Max" z 1996 roku. Bajeczne turnie nie pozwalały o sobie zapomnieć.
Przygotowania do wyjazdu jak zwykle przebiegały w sposób niespieszny (do czasu...), obfitując w bardziej lub mniej zabawne momenty (np. kiedy to specjalista od PR w jednej z dużych firm nieomalże spadł z krzesła, zapoznając się z kosztorysem wyprawy: "myśmy myśleli o dwóch tysiącach, proszę Pana..." usłyszałem od człowieka pewnego, iż za tę sumę będzie miał nazwę swojej firmy wśród sponsorów wyprawy).
Skład uczestników zdążył się kilkakrotnie zmienić. Jednakże od momentu, kiedy to zadzwonił Marcin z zapytaniem, czy mogą z Mariem jechać z nami, wszystko było już wiadomo: cel - Patagonia; a co konkretnie? - zobaczy się na miejscu.

"Niedźwiedź" bulderujący w rejonie Martwa Krowa tuż ponad Chaten - typowe rozrywki podczas złej pogodyPierwsze dni to głównie noszenie ciężkich plecaków. Niby odległość nie taka duża, jednakże wyniesienie kilkudziesięciokilowych worków do campagmento Rio Blanco zajmuje nam dobre trzy godziny. A to przecież dopiero stąd zaczyna się właściwe podejście. Pierwszego dnia (będącym jednocześnie pierwszym pogodnym dniem od dwóch miesięcy...) po wyniesieniu większości sprzętu, zbiegamy do El Chalten na "ostatnie" Biffo de chorizo i kilka litrów Quillnesa. Wracając późno w nocy do namiotów na tzw. Madsenie (bezpłatny camping w El Chalten - jedno z najpiękniejszych miejsc na świecie z przeznaczeniem do biwakowania), humory są bardziej niż euforystyczne. Sceptyczny jest tylko "kierownik": "Chłopcy sobie woreczki wytargali i im się w dupach poprzewracało..." Wybuch śmiechu i już wszystko wiadomo - góry muszą być nasze...

"What do you want to climb here?" - pyta Słowenka przyglądając się nam z dystansem.
"Don`t know yet... Maybe we should try Casarotto?" - odpowiadam w miarę możliwości niespecjalnie precyzyjnie.
"Do you have static ropes to fix?"
"No, no..." -  wypinam dumnie pierś - "one push or retreat. Only one push" A co? Niech wiedzą, że byle kto nie przyjechał.
"Let me guess. First time in Patagonia?" - kończy rozmowę Słowenka.
Chwilę później relacjonuję naszą rozmowę chłopakom i zastanawiamy się, czy tutaj naprawdę jest tak źle. My jesteśmy tu od kilku godzin. Całe Rio Blanco siedzi w Patagonii od dwóch miesięcy - i nic. "Nie dziwne, że mają depresję", pocieszamy się, "ponoć dwóch Niemców po kolejnej nieudanej próbie rzucało w siebie czekanami" - powtarzamy zasłyszane plotki. Jako "kierownik" stawiam kropkę nad "i". "Panowie, przecież wiecie, że zamówiłem na górze 2 tygodnie lampy". Humory robią się wręcz rewelacyjne.
"A w ogóle, co ona tam wie. Baby są do łóżka, a nie do wspinania" -  kończy rozmowę nasz wyprawowy mudżahedin.

Slackline - typowa rozywka obozowaPo kolejnych dwunastu dniach niepogody poziom euforii stopniał do zera. A gdy się wreszcie rozpogodziło i my zaliczaliśmy jeden wycof za drugim, dwie Słowenki przez trzy dni dzielnie walczyły na Filarze Goretty (czyli drodze Casarotto). Pomimo że wycofały się z 3/4 drogi, poczuliśmy wszyscy, że "baby" mają zdecydowanie więcej do powiedzenia o wspinaniu niż my. Trzy noce bez śpiworów, walka z zalodzonymi szczelinami. Potem zjazdy na Passo i po dniu odpoczynku robią kobiece wejście na Fitz Roya drogą francusko-argentyńską. Jako mężczyźni - nie istniejemy...

Mam dość! Patagonii, ludzi, pogody, śniegu, Fitzka, a nade wszystko Passo Superiour. Tylko targam te cholerne woreczki w te i nazad. I do tego jeszcze teraz zjeżdżamy. O żesz! Właściwie dlaczego? - tylko jeden wyciąg do końca trudności. Zresztą obaj mamy dość. Ja w każdym razie tu się już wspinać nie będę! Jutro schodzę do Chalten, dzwonię do domu i wracam. Nie będę siedział w tej cholernej Patagonii. Tu wszystko jest kurwa na opak! Począwszy od siły Coriolisa, innych gwiazd nocą, a na dziwnej pogodzie i jeszcze dziwniejszych warunkach skończywszy. Nie mówiąc o tym, że nawet ludzie są tu mili...
Mam wrażenie, że każda podjęta przeze mnie decyzja jest błędna. Co więcej, mam wrażenie, że za każdym razem, kiedy jestem w trakcie podejmowania decyzji, już wiem, że powinna być dokładnie odwrotna, a pomimo tego ją podejmuję. "Co jest, Radziejowski?"  "Nigdy nie miałeś tego typu problemów? Weź się w garść!" "Nie..., pieprzę. Jadę do domu".
Zjeżdżając, trzy wyciągi niżej, mijamy Włochów (to zabawne patrzeć, jak dwaj dorośli faceci, nie pytając o zgodę, łapią się twojej liny zrzuconej do zjazdu i za jej pomocą pokonują cały wyciąg) i naszych. Marcin cieszy się - "To co? Już tak blisko do szczytu?". Kiedy dociera do niego, że to wycof - pyta dlaczego. "Nie wiem" - rzucam na odwal, a agresja i zmęczenie są chyba wyraźniejsze niż zazwyczaj.
Jako "kierownik" też nie daję najlepszego "przykładu". I Włosi, i chłopcy wycofują się po zrobieniu jednego wyciągu od miejsca, w którym się spotkaliśmy.
Zjazdy dają nam się wszystkim we znaki. Do namiotu wczołguję się na wpółprzytomny. "Jadę do domu" - to ostatnia myśl, jaka przychodzi mi do głowy przed zaśnięciem.

Mieszkańcy Rio BlancoOczywiście nie pojechałem. Co prawda do Chalten zeszliśmy, telefon wykonałem... "...to co? Tata małego Szymona pojechał i robi rekonesans w Argentynie" - usłyszałem rozbawiony głos Ani. "Może byś tak jednak spróbował jeszcze raz, bo będziesz żałował". I miej tu człowieku wyjście...
Najwyższy czas na trafną decyzję! Passo Superiour musi poczekać. Mermoz od Pietra Negra brzmi dobrze... "Nie, Maciuś?".
W tym czasie "Wawa" i "Troll" robią to, co do nich należy. Pierwsze polskie wejście na Aguja Saint Exupery staje się faktem. Za drugą próbą droga pada bez problemów. Chłopcy pokazują dużą klasę, a co ważniejsze przełamują "polski impas w Patagonii"!

"To jak chłopaki? My idziemy od zachodu na Marmoza. Spróbujemy szczęścia na zachodniej ścianie. A wy co? Kontynuujecie na Fitzku?"-  pytamy się naszych wyprawowych specjalistów od niuansów życia małżeńskiego.
"My idziemy na nasz Szczyt..." - "Mario" nie ma wątpliwości
"...na Max" - stawia kropkę nad "i" "Niedzwiedź".

I tak też się stało - chłopcy zasiekali, co mieli zasiekać. Pogoda doskonała, warunki lepsze niż przy poprzedniej próbie. Drogę przebiegli, na szczycie wiało. W zjazdach minęli wycofujących się Argentyńczyków. Kiedy byli już na Rio Blanco - okazało się, że dwóch spośród trzech Argentyńczyków spadło z blokiem stanowiskowym w dół kuluaru - ponad 100 metrów. Akcja zorganizowana przez mieszkańców Rio Blanco (nasi Amerykanie, "Wawa" i "Troll"!!!) i przewodników z El Chalten ratuje życie poszkodowanym. Tuż przed załamaniem pogody dnia następnego, przylatuje wojskowy helikopter i zabiera rannych z okolic Passo Superiour. A ostatni raz helikopter był tu przynajmniej 5 lat temu...

Kopanie jamy w Passo Superiour "Troll" i Maciek w akcjiTego samego dnia, po drugiej stronie masywu, zjazdy wydłużają się nam nieskończenie. Mamy za sobą piękną drogę i pierwsze polskie wejście na szczyt Aguja Mermoz. Blisko pięćset metrów zjazdów przebiegło bezproblemowo. Niestety, od kiedy zjeżdżamy razem z trójką słoweńsko-afrykańską (wycof z drogi obok), jakieś fatum zawisa nad naszymi zespołami.
Słowenki musiały odciąć swoją linę ze względu na jej niekorzystne zaklinowanie. Teraz zjeżdżamy razem. Niestety, na pięć wspólnych zjazdów, aż czterokrotnie jesteśmy z Maćkiem zmuszeni do wywspinania prawie pełnych wyciągów do góry. Oczywiście w ciemnościach nocy...
Kiedy o czwartej nad ranem wchodzę do śpiwora, nie jestem w stanie wyciągnąć soczewek kontaktowych. Za to Maciuś ze Słowenkami ucztują jeszcze przez godzinę...

Kilka dni później. Cisza taka, jaka tylko może być na górskich campingach. Późny wieczór (a może to już noc). Po lesie rozchodzi się pierwsza zwrotka góralskiej piosenki:

"...Ej dziewcynko kochanie
Nie lygoj na sianie
Ej bo cie siano zdradzi
Bedom chłopcy radzi...

...Kieby nos tu było takich chłopców siła
Kieby nos tu było takich chłopców siła
Zodno by dziewcyna, zodno by dziewcyna
Wionka nie nosiła..."

Gdy "Niedźwiedź" kończy, słyszymy jazzujący dźwięk fletu. To Jonathan podchwycił melodię śpiewanej przez "Niedźwiedzia" przyśpiewki i "odpowiada" bezbłędnie. Marcin nie ma innego wyjścia - musi kontynuować:

"...Abo mnie zabijom
Abo jo kogosi
Bo się mi na głowie
Cupryna podnosi...
...Węgierska Górka Trzy Niwki
Góralscy chłopcy sykowni sycka do bitki
Bili się oni w sobote wiecór do rania
Przy kozdym jednym kochanka spała spłakana..."

Tuż pod skalną częscią na Fitz Royu. W tle południowo - zachodnia ściana Aquja PoincenotŚrodek nocy, kilka godzin później, szaleńcze tempo biegu, co jakiś czas gałęzie na twarzy przypominają, że to chyba nie ten czas i niekoniecznie to miejsce. Co chwila jestem na granicy skręcenia nogi. Peleton rozciąga się na kilkadziesiąt metrów. Z głośników przytroczonych do plecaka Jonathana, dobiega "Blue in green". Davis i Coltrane w najlepszej formie.
To nic - tylko dwie wyprawy, polska i amerykańska, biegną w dół do El Chalten na imprezę. O dziesiątej wieczór skończył się nam alkohol wyniesiony na Rio Blanco przez Amerykanów (tu jako Polacy daliśmy niewątpliwie plamę), impreza w toku, a do Chalten jakieś 1,5 godziny biegiem. W końcu w Argentynie porządne imprezy knajpiane i tak nie zaczynają się przed pierwszą w nocy. Zdążymy!
Dokonujemy jeszcze tylko rytualnego spalenia schematów z Cerro Torre i Fitz Roya (jak Voodoo to Voodoo - gór i tak zazwyczaj nie widać, więc niech spłoną), Amerykanie dorzucają portret swojego prezydenta ("Burn Georgie, burn!!!") i w drogę.
Ledwo wracam do rzeczywistości, "w biegu" próbując sobie przypomnieć "co ja tutaj robię", kiedy o mało co nie wpadam na resztę ekipy pochylonej nad Joshem. Skręcona noga puchnie w oczach. Kierowani wyrzutami sumienia (w końcu to myśmy nie wnieśli zawczasu alkoholu do bazy), zmieniając się co kilkadziesiąt kroków, znosimy Josha na camping w El Chalten.
Nieco opóźniona impreza trwa gdzieś do czwartej nad ranem. Niestety, jest to koniec działań wyprawy amerykańskiej. Ze względu na stan nogi - Jon i Josh muszą wyjechać szybciej...
Jak to stwierdził później "Wawa" - przynajmniej duch w narodzie nie umarł. Stać nas jeszcze na zrywy!

A potem...? Słowenki wyjechały (Słoweńcy też, ale kto by się tam nimi przejmował), Amerykanie zostali do wyjazdu zmuszeni - stanem nogi Josha oczywiście... Czujemy się nieco samotni, no i zmęczeni. Oczywiście nie wspinaniem, choć narzekać trudno, ale dość długim pobytem i wiecznym stresem pod tytułem "będzie pogoda, czy nie będzie?", a jak już jest: "zepsuje się czy się nie zepsuje?". I tak w koło Macieju...
Po kilku dniach normalnej dla Patagonii pogody, następuje powrót błękitu. Mario i Marcin idą do Pietra Negra na Aguja Guillaumet. My zostajemy na nasz szczyt... na max chciało by się dodać.
No i znowu sprzyja nam szczęście. Trzynastego w piątek chłopcy robią nową drogę na zachodniej ścianie Guillaumeta - gdzieś pomiędzy drogami Comesana - Founrouge a Padrijo. Donoszą o ciągu ładnych zacięć o umiarkowanych trudnościach. Jednakże symboliczna data daje o sobie znać - gdy już są na grani podszczytowej na lewo od linii ich drogi ma miejsce potężny obryw:
"Stary, na grani się oddychać nie dało, a widać ledwo co było".
Wspinaczka na Fitz Royu. Środkowe Zacięcie (VII). Prowadzi Maciek CiesielskiObryw jest na tyle duży, że porywa pozostawiony pod ścianą sprzęt. Gdy zjeżdżają - ani plecaka (aparat cyfrowy, raki, kijki), ani butów nie widać. Rozpoczyna się kilkugodzinna epopeja poszukiwania butów (a do przetrawersowania dwa pola śnieżne oraz kilka godzin na nogach do Rio Blanco). Gdy kilkaset metrów poniżej, w świetle gasnącej latarki, "Niedźwiedź" widzi wystające ponad powierzchnię lawiniska kijki, ma wrażenie, że wkroczył na stare, zaniedbane cmentarzysko. Radość z odnalezienia nadszarpniętych butów wywołuje emocje charakterystyczne dla końcówek hollywoodzkich melodramatów. Wycałowawszy i wyściskawszy buty, chłopcy ruszają w kierunku śpiworów. Na szukanie aparatu cyfrowego i kilku innych istotnych przedmiotów nie ma już siły.
Dzień później (trzynastego w piątek - pogoda pod wieczór daje sygnały o rychłym załamaniu - podpucha oczywiście) udajemy się na Fitz Roya. I pomimo tego że znajdujemy ślady niedawnego wypadku (resztki zakrwawionego kasku), droga puszcza gładko. Udaje się ją nawet przejść klasycznie. Warunki, pomimo miejscami dalekich od ideału, pozwalają przynajmniej na wykruszanie lodu ze szczelin i całkiem przyjemną wspinaczkę w skale. Na szczycie nie wieje. I myślę, że jest to  największe zaskoczenie tego dnia...
Za nami wspinają się "Wawa" z "Trollem". Jednakże  nie jest im dane dojść do szczytu. Ze względu na złe samopoczucie oni odpuszczają sobie po zrobieniu pierwszej połowy skalnej części drogi. A szkoda. We czwórkę na szczycie byłoby raźniej!
Nazajutrz pogoda psuje się na dobre. Mimo wszystko Patagonia okazała się dla nas wszystkich bardzo łaskawa.

Na koniec...
To, co tu opisałem, jest zaledwie zbiorem kilku wybitnie subiektywnych, nie zawsze powiązanych ze sobą wrażeń i wspomnień. Przecież nie od dziś wiem, że wspinanie to tylko sympatyczny dodatek do wyprawy. Szczególnie, gdy towarzystwo jest dobrane.
Bo tak naprawdę, kogo obchodzi dylemat autora tekstu, że na trzydziestym metrze kluczowego wyciągu nie wiedział, czy wbić rurpa czy jedynkę ("jedynkę synu, zawsze jedynkę").
To, co pozostaje, to nie poszczególne ruchy na drodze. To nawet nie widok ze szczytu. Pozostaje coś bardziej nieuchwytnego i nieokreślonego. A co? To już każdy musi sobie odpowiedzieć sam. Dla "Wawy" będą to pewne oczy, dla "Maria" i "Niedźwiedzia" będzie to pewnie pierwsza noc na włoskiej przełęczy, dla "Trolla" Argentyna staje się powoli drugim domem. A dla mnie i dla Maciusia? Czy ja wiem, trudno jest mi się zdecydować na coś szczególnego, ale to chyba Miles Davis w środku nocy - gdzieś pomiędzy El Chalten a Rio Blanco, w silnym patagońskim wietrze przy zapranym niebie - pozostawi we mnie najbardziej trwałe wspomnienie.
Są dwa piękne cytaty, które dają sugestywny opis "bycia" w Patagonii (właśnie "bycia", a nie wspinania). Pierwszy pochodzi z książki Patagonia Alana Kearneya i brzmi: "Bądź przygotowany na najbardziej nieoczekiwane, a nie będziesz zaskoczony".
Drugi podaję za "Alpinistem" (nr 5), jego autorem jest Reinhard Karl: "Wpływ wynikający z porażki jest silniejszy niż ten pochodzący ze zwycięstwa... nigdzie nie można się nauczyć sztuki przegrywania tak dobrze jak tutaj".
Czy  jesteśmy mądrzejsi o tę wiedzę wyciągniętą z praktyki? Chyba nie, choć kto  wie? Przekonamy się zapewne o tym następnym razem w Patagonii. Nie za rok i pewnie nie za dwa. Ale kiedyś na pewno. W końcu, gdyby w Patagonii była normalna pogoda (nie "dobra" - normalna), byłoby to najwspanialsze miejsce na świecie.

    
Wystąpili: Maciej Ciesielski, Mariusz Nowak "Mario", Jakub Radziejowski  "kierownik", Marcin Szczotka "Niedźwiedź", Filip Zagórski "Troll", Wawrzyniec "Wawa" Zakrzewski.

Dziękujemy serdecznie wszystkim, bez których nasz wyjazd do Patagonii byłby niemożliwy, a w szczególności sponsorom wyprawy: Polskiemu Związkowi Alpinizmu, Technice  Górskiej, Urzędowi Miasta Bielsko Biała, Bergson, Montano, Grande Grimpe, Bankowi Spółdzielczemu w Węgierskiej Górce, Ośrodkowi Promocji Kultury w Węgierskiej Górce, Powiatowi Kościan, Urzędowi Miasta Śmigiel, UKA Warszawa, KW Bielsko Biała, KW Poznań. 

Podsumowanie działalności polskiej w rejonie Fitz Roya styczeń/luty 2004

* Wawrzyniec Zakrzewski, Filip Zagórski droga Buscaniniego (tzw. "Filar włoski" lub "Filar południowy") o trudnościach VII+ (OS) i długości 850 metrów, AGUJA SAINT EXUPERY. Po próbie z dnia 1 II. Pierwsze polskie wejście na szczyt. 5 II 2004.
* Marcin Szczotka i Mariusz Nowak Droga francusko-argentyńska, FITZ ROY (VII/VII+ RP, A1 - A1 ze względu na spore oblodzenie i śnieg); po próbach z dnia 29 I i 3 II. Trzecie  polskie wejście na Fitz Roya. 7 II 2004.
* Maciej Ciesielski i Jakub Radziejowski. Droga Ipermermoz zachodnia ściana AGUJA MERMOZ (VII+ OS oraz własne 4 wyciągi o trudnościach VII (OS) z jednym tzw. "tension traverse", czyli A0. 14 wyciągów + 3 granią, 700 m, 9h. Pierwsze polskie wejście na szczyt, prawdopodobnie drugie przejście drogi, zresztą pierwsze do szczytu, gdyż autorzy drogi zakończyli swoją wspinaczkę na grani. Oryginalnie droga miała trudności VII+ A1; wyciągi A0 i A1 przeszliśmy klasycznie. Nowe wyciągi (VII-, VII-/VII, VII-, VII-/A0) rozwiązują środek płyt zamiast wyciągów piątkowych po lewej stronie. 7 II 2004.
* Marcin Szczotka i Mariusz Nowak. Nowa droga na zachodniej ścianie AGUJA GUILLAUMET. Trudności VII (OS), 11 wyciągów oraz 3 dalsze granią (łącznie 550-600 m). Pierwsze polskie wejście na szczyt. 13 II 2004 (szczegóły: patrz topo)
* Maciej Ciesielski i Jakub Radziejowski. Droga francusko argentyńska, FITZ ROY (VII/VII+, RP) prawdopodobnie jedyne przejście klasyczne tej drogi w tym sezonie. Passo Superiour do Passo Superiour - 25 h. Po próbie z dnia 3 II. Czwarte polskie wejście na Fitz Roya. 14 II 2004.

Tekst i zdjęcia: Jakub Radziejowski

"Góry", nr 4 (119) kwiecień 2004

(kg)

KOMENTARZE
Nick *:
 k
Twoja opinia *:
 
Dodaj komentarz
 
 
 
Copyright 2004 - 2024 Goryonline.com