baner
 
 
 
 
baner
 

Najtrudniejsze zjazdy w Tatrach – część 1

O historii ekstremalnych zjazdów narciarskich w Polskich Tatrach z PIOTREM KONOPKĄ rozmawia Barbara Suchy.

 Podejście Drogą Stanisławskiego na Świnicy, 3.05.1995; fot. Andrzej Lejczak

 

W 1994 roku wypatrzyłeś sobie do zjazdu Zachód Grońskiego. Linia dość czytelna, ale wtedy używana jedynie do zejść wspinaczkowych.

Jak ktoś obserwuje teren, zawsze znajdzie fajny zjazd. Linię wypatrzyliśmy, zjeżdżając z Rysów z moim przyjacielem i partnerem wspinaczkowym, Romkiem Dawidkiem. Jest ewidentna. Był kwiecień 1983 roku. Pomysł kiełkował w głowie, ale nie było żadnego przymusu, żeby go zaraz zrealizować. Jak się okazało, czekał na to jedenaście lat.

 

Późną wiosną 1994 roku prowadziliśmy z Włodkiem Cywińskim i Maćkiem Pawlikowskim wycieczkę dla kandydatów na przewodników tatrzańskich na Rysy. Mocno wytapiało kamienie i po dwóch sporych lawinach odpuściliśmy. Miałem ze sobą narty, kilku kursantów również. Lansowałem alpejski styl poruszania się po górach: gdy leży śnieg, fachowiec powinien używać do podejścia i zjazdu nart, a nie raków. Nasze góry tego nie wymuszają, ale stanowi to ułatwienie dla dobrych narciarzy. W Alpach często człowiek nie drgnie bez nart.

 

Odstawiłeś kursantów i poszedłeś na Grońskiego?

Zaczęliśmy zjeżdżać spod Rysów i stwierdziłem, że śnieg ma taką jakość, że teraz albo nigdy. Był 4 czerwca. Na twardym podłożu leżało trochę puszczonego, przelanego przez deszcz śniegu. Był tak sfirnowany, że wystarczyło nartom nie przeszkadzać. Zjechaliśmy z kursantami do Czarnego Stawu, gdzie szepnąłem Włodkowi i Maćkowi, że ja wracam. W czasie podejścia zaczęły mnie ogarniać wątpliwości. Odcinek pod Żabiego Konia – jeszcze jakoś wyglądał, ale późnej, pod Żabią Przełęczą, zerknąłem na ten skos i już nie byłem pewien, czy chcę to robić. Zachód Grońskiego znałem z zejść po wspinaniu zimowym. Stromizna na górnych odcinkach jest taka, że czasami trzeba schodzić, używając nie tylko nóg, ale i rąk. Do tego ekspozycja. Podszedłem gdzieś w okolicę Żabiego Konia, wyrąbałem sobie platformę, zapiąłem narty, myślę: „Odpuszczam”.

 

 Zachód Grońskiego widziany z drogi podejściowej na Rysy; fot. Krzysztof Dudek

 

Ale nie dało ci to spokoju?

Zrobiłem kilka skrętów. Znowu te narty, które same jechały… „Jak w tych warunkach tego nie zjadę, to nigdy” – pomyślałem, bo już lepszych śniegów nie może być. Warunki były idealne, tylko pogoda nie zachęcała, było pochmurno. No i znowu zmieniłem zdanie, narty na raki i poszedłem. Dolazłem do grani, siadłem i długo medytowałem, co robić. W końcu zapiąłem narty. Na wyższych fragmentach stromizna sprawiała, że krawędź górnej narty jeździła mi po udzie dolnej nogi. Z czekanem w ręku robiłem dwa kroki, znowu czekan, znowu dwa kroki i tak się przebijałem przez ten trawers do przełamania. Jakbym ślizgnął, powtórki by nie było. Dalej było już lepiej. Ekspozycja nadal spora, ale dało się kręcić. Deprymujący był skręt w kierunku Wyżniego Czarnostawiańskiego Kotła. Tam króciutko i dłuższy skręt pod skały. Narty odpiąłem przy Czarnym Stawie.

 

Mówisz, że warunki śniegowe były idealne. Czy mimo tego coś cię zaskoczyło, dołożyło trudności?

Zaskoczenia nie było, bo znałem teren z zejść. Jednak wszędzie tam, gdzie są półki, czyli zachody, śniegi układają się do ściany, więc kumulują się dużo bardziej stromo niż normalnie. Ostatnio patrzyłem w notatki, oceniłem to wtedy na 55 stopni, a u samej góry może nawet więcej. Gdyby zamiast śniegu był lód, zahaczałoby o łatwe trudności wspinaczkowe.

 

Niżej, gdzie Zachód Grońskiego przybiera charakter żlebu, to już zabawa w porównaniu z tym, co jest u góry. Kiedy wyjechałem na śniegi pod Żabim Koniem, których stromizna tak mnie deprymowała na podejściu, czułem się, jakbym z Kasprowego jechał.

 

Jaki miałeś sprzęt?

Miałem długie i wąskie Dynastary, 195 cm. Znakomite narty, same skręcały, ale głupotą z mojej strony było używanie zawodniczych wiązań Dynafit, zamiast porządnych, mocnych, typu Diamir. Na nich ścigałem się w Mistrzostwach Europy, w zawodach Pierra Menta. Jeżdżenie tak trudnych rzeczy na tego typu wiązaniach nie jest zbyt mądre.

 

Jedyni świadkowie zjazdu z Długiego Giewontu, 17.IV.1988; fot. arch. P. Konopka

 

Wcześniej tego samego roku zjechałeś z Mięguszowieckiego Szczytu Czarnego. Tam musiałeś zdejmować narty.

W jednym miejscu był wąski przesmyk, w którym deski tej długości się nie mieściły i trzeba było je zdjąć.

 

A skąd pomysł na ten zjazd?

Linię wypatrzyłem podczas dyżuru w Morskim Oku. Wiąże się z tym zabawny epizod z Włodkiem Cywińskim. 11 maja, kiedy zdecydowałem się na zjazd, odbywało się w Morskim Oku szkolenie topograficzno-wspinaczkowe TOPR. Umówiłem się, że zabiorę się z nimi do schroniska. Oczywiście, jak to ja, przyszedłem pięć minut po czasie. Włodek był niesamowicie punktualny i gdy wybiła 4.00, odpalił samochód i pojechali. Zdążyli dojechać do Jaszczurówki, gdy zapytałem przez radio, czy nie wrócą. Powiedzieli, że nie. Wkurzony, pojechałem na starym, zdezelowanym Romecie Huraganie w butach narciarskich, z nartami na plecaku. Miał koła przerobione z szosowych na zwykłe drogowe i irytująco przeskakujący pedał. Wróciłem tylko do domu, żeby zabrać walkmana z ulubioną muzyką. W notatkach znalazłem, że całość akcji, z Zakopanego do Zakopanego, zajęła mi niemal równo dwanaście godzin. Od 4.20 do 16.22. Na rowerze do Morskiego Oka, na fokach do Wyżniego Czarnostawiańskiego Kotła, w rakach i z dwiema dziabkami na szczyt, zjazd, na rower przy schronisku i z powrotem.

 

Wtedy też trafiły ci się takie idealne śniegi?

Warunki śniegowe nie były takie dobre. Było dość lawiniasto, temperatura rosła. Kiedy siedziałem na szczycie, lawiny w Mięguszowieckiej tak huczały, że też miałem spory dylemat. Podchodząc, czułem, że ten śnieg nie trzyma się tak, jak bym chciał, i może zjechać razem ze mną. Człowiek jest sam na sam ze swoimi myślami i decyzja nie jest łatwa.

 

Ale musiałeś ją w końcu podjąć.

Po długich medytacjach stwierdziłem, że jakoś muszę z tego szczytu zejść. Do Mięguszowieckiej źle, na naszą stronę jeszcze gorzej. No ale nie będę tam siedział. Zapiąłem narty, żeby zobaczyć, jak jest. Okazało się, że nie tak źle. W stromych śniegach narta daje mi większe oparcie. Wolę być na nich niż w rakach. Poza tym obciążenie pokrywy jest zupełnie inne.

 

Przez kopułę szczytową trzeba było trochę kluczyć, aż do przewężenia. Tam musiałem ściągnąć narty na odcinku około 5 metrów. Długo się trudziłem, żeby z powrotem te cholery zapiąć – znowu miałem wiązania z pinami. Po pierwsze platformę wyrąbać, po drugie wpiąć buta na tej stromiźnie. Jak już zapiąłem, to poszło. W porównaniu z górą, od Wyżniego Kotła Czarnostawiańskiego była czysta zabawa. Do schroniska udało mi się dojechać przez rozmarzające jezioro.

 

Parę lat wcześniej porwałeś się jeszcze na zjazd Żlebem Szczerby z Długiego Giewontu. Znowu nasuwa mi się pytanie: jak wynalazłeś tę linię?

W młodych latach wspinaczkowych byłem zafascynowany północną ścianą Giewontu. Włodek Cywiński, guru i starszy o 20 lat kolega, który wziął mnie pod swoje skrzydła, dużo czasu poświęcał eksploracji tej ściany, szukając nowych przejść. Mnie to się udzieliło. Któregoś razu, z Jackiem Bilskim, szliśmy Żlebem Szczerby. Wypatrzyłem, że depresje wychodzące ze Żlebu Szczerby na Długi Giewont aż się proszą o zjazd. Ciąg pól, wysypanych śniegiem żlebów. Gdyby tak zwane Blachy były pokryte śniegiem, co w tamtych latach od czasu do czasu się zdarzało, dałoby się to zrobić. I znowu pomysł gdzieś sobie tkwił.

 

Piotr podczas zjazdu Drogą Stanisławskiego z płn.-zach. ściany Świnicy, 3.05.1995; fot. Andrzej Lejczak 

 

Wychodzi na to, że często te pomysły musiały poleżeć w głowie i dojrzeć.

Zacząłem jeździć w Himalaje, a plany tatrzańskie leżały sobie przykryte ważniejszymi sprawami. Po południowej ścianie Lhotse trafiłem do szpitala z żółtaczką zakaźną – pamiątką z Nepalu. Z apogeum formy wspinaczkowej i kondycyjnej nagle stałem się wrakiem. Bezruch kompletny. Żółtaczka mnie wyniszczyła, co mocno zdołowało mnie też psychicznie.

 

Po paru miesiącach, w kwietniu, któryś z kolegów wspomniał, że Blachy są przysypane. Pomyślałem, że muszę spróbować, udowodnić sobie, że nie będę umierał za chwilę. Pojechałem na Kasprowy sprawdzić, czy w ogóle dam radę jeździć, bo całą zimę nie ruszałem nart. Jakoś szło. Drugiego dnia popróbowałem trochę w żlebach. No i trzeciego poszedłem na Giewont.

 

Szybka akcja…

Podejście tak mnie zmordowało, że ze dwie godziny leżałem na szczycie i dochodziłem do siebie. Było przyjemnie, słonko świeciło. Blachy były faktycznie zasypane, z wyjątkiem ostatnich 5–7 metrów. Ale na podejściu było szalenie twardo. W górnych partiach lodoszreń, prawie lód. Do wejścia w rakach super, ale do zjazdu trochę gorzej. Jechałem z czekanem w ręku, bo wiedziałem, że jeśli się zwalę i nie zatrzymam, to się zabiję, cudów nie ma.

 

Początek zjazdu jest emocjonujący, bo jedzie się w kierunku Wielkiego Komina – wprost w czeluść. Dopiero po skręcie w lewo człowiek ukrywa się między depresjami i dla głowy jest trochę łatwiej. Zjeżdżałem drogą podejścia, więc z trafieniem nie było problemu. Dojechałem do żlebu Szczerby ponad Blachami. Tam musiałem zeschodkować z progu. W dobrej formie bym skoczył i się nie zastanawiał, ale po takiej zimie nie było łatwo.

 

Na czym zjeżdżałeś?

Miałem narty Dynamic VR27, 204 cm, przywiezione z jakiegoś demobilu. Wtedy każde narty były skarbem. Chyba je trzymam do dzisiaj. Do tego zwykłe zjazdowe wiązania. Buty nierewelacyjne – Koflach Valluga, które się rozpinały w czasie zjazdu. Trzeba je było paskami dodatkowo ściągać. Miałem już wtedy narty turystyczne, Polsporty Compact, 180 cm z Szaflar, z wiązaniami Silveretta, ale wolałem zjeżdżać na dłuższych.

 

To też samotny zjazd? Solo było ci łatwiej?

W jakiś sposób to pomaga. Człowiek nie musi koncentrować się na nikim innym. Takie zjazdy można robić albo z lepszym narciarzem, albo samemu. U mnie jednak była to często kwestia przypadku. Zachód Grońskiego wyszedł przy okazji. Na Giewont złożyły się odpowiednie warunki z chęcią udowodnienia sobie, że jednak wszystko jest dobrze. Nie szukałem partnera do zjazdu. W tej sytuacji czułbym się zawalidrogą, bo nie wiedziałem, czy w ogóle dam radę wejść.

 

Ale na Hińczową Przełęcz wybraliście się w dużej ekipie.

W piątkę – to był zjazd towarzyski. Ja w tej ekipie byłem raczej słabszy, może na równi z Krzyśkiem Malzacherem. Oprócz nas był Romek Dawidek, Wojtek Brach, Magda Czanerle – wszyscy wyśmienici narciarze. Ale nie obeszło się bez emocji, gdy w najwęższym miejscu trzeba było palnąć krechę. W Małym Kotle były rynny i trochę sterczących kamieni. Dziś Hińczowa jest dużo bardziej ryzykowna do zjazdu, bo parę lat temu nastąpił obryw, który niestety stale na wiosnę się odnawia. Sypie się na głowę i można bardzo łatwo dostać.

 

Nasz zjazd ma też komiczną historię. Umówiliśmy się, że zjedziemy wspólnie, na 1 maja. Pracowałem wtedy całą zimę w Morskim Oku jako obserwator do spraw bezpieczeństwa PZA. Na studiach miałem urlop dziekański, PZA płacił za to, że siedziałem w Moku. Układ najlepszy z możliwych. Byłem rozchodzony i rozwspinany. Siedzimy z Romkiem w dyżurce, jemy śniadanie, czekamy na ekipę. W pewnym momencie wyglądam z balkonu i widzę, że do Małego Kotła wchodzi dwójka ludzi.

 

Piotr zjeżdża z Mylnej Przeleczy, 31.III.2017; fot. Łukasz Duda

 

Poszli sami?

No właśnie! Myślę – „Czyżby taki kawał chcieli nam zrobić i pójść, nie wstąpiwszy do schroniska?”. Spakowaliśmy bety, wyskakujemy z budynku i rzeczywiście – na placyku stoi „maluszek” Krzyśka. Wszystko się zgadza. Zasuwamy do góry, a kondycję mieliśmy wtedy obłędną. Na podejściu mijamy ukryty plecak Krzyśka. Spotykamy się wszyscy na Hińczowej Przełęczy. My wściekli, a oni się dziwią, że przecież byliśmy przed nimi. Okazało się, że sprawcą całego zmieszania był wspinacz i rysownik Witek Sas-Nowosielski, który poszedł z kolegą na wycieczkę. To ich zobaczyliśmy. Krzysiek gonił ich, myśląc, że to my. My goniliśmy, myśląc, że to Krzysiek i Magda.

 

Wojtek Brach był po ciężkim wypadku na biegu zjazdowym w Szczyrku, rok czy dwa lata wcześniej – nie wiadomo było, czy przeżyje. Zjechał, zakurzył papierosa, spojrzał w górę i tak skwitował: „Jakby ten lekarz, co mnie składał, widział, gdzie zjechałem, to by nie uwierzył. Powiedział mi, że już nigdy na nartach nie będę jeździć”.

 

Zawsze zjeżdżałeś drogą podejścia?

We wszystkie omówionych przypadkach – tak. Inspiracją do wyboru linii z Hińczowej był Piotrek Malinowski. Podsunął pomysł, mieliśmy jechać razem. Miał jednak problemy z kolanem i nie dał rady. Powiedział, że nie czuje się na siłach. Wtedy, już usprawiedliwieni, zjechaliśmy. Dziś jest odwrotnie. Jakby ktoś poddał taki pomysł, od razu ktoś inny sprzątnął by mu go sprzed nosa.

 

Nie rywalizowaliście, kto pierwszy zjedzie daną linią?

Wtedy szacunek dla starszych kolegów był taki, że wypadało najpierw zapytać. Rywalizowaliśmy na zawodach KW, a później PZA. Z Krzyśkiem Malzacherem ścigaliśmy się na ostro. Pozostałe zjazdy były raczej przyjacielską przygodą albo walką ze sobą. Głównie jednak koncentrowałem się na górach wysokich, reszta była dodatkiem.

 

Podczas wyjść wspinaczkowych rozpoznawałeś teren, którym zamierzałeś zjeżdżać?

Przede wszystkim wybór dotyczył celu, który wówczas był atrakcyjny. A warunki? Szło się i rozpoznawało w trakcie. Będzie dobrze, to się zjedzie, nie, to się nie zjedzie. Kiedyś na przykład chciałem zjechać Kirkorem [żleb między Giewontem a Małym Giewontem – przyp. red.], wprost przez progi. Przeżywcowałem je, ale były w takim stanie, że nie ośmieliłem się jechać. Prób, które się nie skończyły zjazdem, też trochę miałem.

 

Podobnie ze zjazdem, który potem zrealizował Edek Lichota, czyli Załupą H. Wiosną 1995 roku, chyba w kwietniu, nad ranem dojechałem na rowerze do Kuźnic, wylazłem na fokach pod Załupę H [na Kościelcu – przyp. red.]. Szedł halny. Śniegi były takie miękkie, że tonąłem już na podejściu. Zapiąłem narty i wróciłem do Kuźnic. W tym samym roku udało mi się za to zjechać Drogą Stanisławskiego na północno-zachodniej Świnicy, dla odmiany w niesamowicie twardych śniegach. Też w pewnym sensie przy okazji, wracając z zawodów PZA w Pięciu Stawach.

 

Nie kusiło cię, żeby później wrócić? Nie miałeś, jak to się teraz mówi, „projektów”, które nie dają spokoju po wycofie?

Robiłem to dla przyjemności. Czasem jakiś niezrealizowany pomysł odkładałem, zajmowałem się innymi sprawami i okazja nadarzała się znów po kilku czy kilkunastu latach. Tak jak z Grońskim. A czasem nie wracałem do pomysłu, jak w przypadku Załupy H. Musiałem wyjeżdżać w Himalaje i robić nowe drogi – to był mój imperatyw. Miałem obsesyjną linię na Długim Giewoncie – Komin Z Dziurami. Po kilku nieudanych próbach byłem w stanie się tam wspinać na kilka dni przed wyjazdem w Himalaje, bo ktoś mógłby mi to sprzątnąć sprzed nosa. Dziś sobie nie wyobrażam, żeby przed wyjazdem na trzy miesiące wisieć w ścianie.

 

Zjazd z Hińczowej Przełęczy; fot. Piotr Konopka

 

Wróćmy jeszcze do sprzętu. Wspomniałeś, że był dość przypadkowy.

Zjeżdżałem przeważnie na tym, co akurat miałem ze sobą. Na Hińczową zabrałem wspomniane Compacty 180 z wiązaniami Silveretta, które przywiozłem sobie z Monachium. Harując na saksach, mnóstwo inwestowałem w sprzęt. Byłem jednym z nielicznych, oprócz Piotrka Malinowskiego, który miał pełny zestaw – narty z turystycznymi wiązaniami i foki.

 

Pamiętam fajny zjazd z najwyższego punktu Wysokiej, z Maćkiem Cukrem. Uważam, że jest lepszym narciarzem niż ja. Miał buty Scarpa F1 i lekkie wiązania. A ja co prawda byłem w kapciach – bo Nordica TR12 to buty, w których można spać, tańczyć i wszystko robić – za to miałem narty Rossignol Bandit Recpect i mocne wiązania Diamir, więc jechałem jak król, a Maciek się męczył.

 

Używaliście harszli?

Ja chyba od razu sobie kupiłem. Zresztą słowo „harszle”, według mnie, wymyślił Piotrek Malinowski, który był poliglotą, jak na nasze podwórko. Mówił świetnie po hiszpańsku, francusku, po niemiecku też trochę. Piotrek spolszczył niemieckie słowo „Harscheisen”, czyli ‘noże do szreni’. Od niego pierwszy raz to usłyszałem i tak się przyjęło, że dziś w sklepach jest wszędzie używane.

 

Ostatnio w rozmowach PZA z TPN pojawił się temat udostępnienia dla skialpinistów zimowych dróg taternickich.

W czasach, o których rozmawialiśmy, sytuacja była nieco inna. W Polsce było może stu narciarzy, którzy zajmowali się skialpinizmem. Z tych stu może dziesięciu potrafiło pokonywać takie zjazdy. A z tych dziesięciu robiło to zaledwie kilku. To nic w porównaniu z milionami turystów w Morskim Oku. Ale zgadzam się z argumentem, że narciarz wysokogórski, który przemieszcza się szybko, szkodzi przyrodzie w pewnych okresach, na przykład podczas rozrodu kozic. Ludzie często nie mają szacunku dla przyrody. Jako przewodnik, nie przyjmuję zleceń na tury, gdy TPN zamyka szlaki dla narciarzy.

 

 

***

Piotr Konopka – narciarz ekstremalny, ratownik TOPR, przewodnik wysokogórski IVBV, instruktor narciarski, przewodnik tatrzański, instruktor alpinizmu PZA.

Najciekawsze i najtrudniejsze zjazdy Piotra w Polskich Tatrach:

Hińczowa Przełęcz „wprost” – trudność V, 1 maja 1983 r. (z Wojciechem Brachem, Magdaleną Czanerle, Romanem Dawidkiem, Krzysztofem Malzacherem)

Długi Giewont (Żlebem Szczerby) – trudność III (W.C. T.1), nastromienie 55o< (?), 17 kwietnia 1988 r.

Mięguszowiecki Szczyt Czarny (przez Wyżni Czarnostawiański Kocioł) – trudność VI–, 11 maja 1994 r.

Mała Wołowa Szczerbina (Zachód Grońskiego) – trudność VI, 4 czerwca 1994 r.

Świnica (Droga Stanisławskiego) – trudność V, 3 maja 1995 r.

 

Artykuł opublikowany był w Magazynie GÓRY 259 (4/2017) 

KOMENTARZE
Nick *:
 k
Twoja opinia *:
 
Dodaj komentarz
 
 
 
Copyright 2004 - 2020 Goryonline.com