baner
 
 
 
 
baner
 

Kulisy planu serialu „Ratownicy”

Wiosną 2010 roku napisano scenariusz 13-odcinkowego serialu, którego bohaterami mieli być ratownicy górscy pracujący w Tatrach. Oryginalny pomysł zakładał, że będą to TOPR-owcy, jak się jednak niebawem okazało, plany filmowców rozbiły się o mur przepisów TPN, który w zbyt dużym stopniu chciał ingerować w scenariusz. Oczywiście skończyło się na uniwersalnej wymówce o potrzebie ochrony przyrody… Kto wie, może i dobrze się stało. Solidarnie, współpracy odmówił także TOPR.

Na lotnisku w Popradzie – z reżyserem, Marcinem Wroną i parą aktorów; fot. arch. Andrzej Marcisz

 

Typowe górskie historie

Producenci Ratowników, wśród których był Krzysztof Lang – znany choćby z dokumentów o Wandzie Rutkiewicz, jak również z głośnego Prowokatora – zdecydowali się więc na filmowanie w słowackiej części Tatr. Marcin Koszałka, po sukcesach Deklaracji Nieśmiertelności, został odpowiedzialny za zdjęcia do serialu. Mnie zaangażowano do konsultacji wspinaczkowych i pomocy w wybieraniu odpowiednich planów filmowych.

 

Zarówno Krzysztof Lang, jak i Marcin Koszałka mieli bardzo ambitne plany, aby nakręcić coś spektakularnego, na co były zapewnione odpowiednie środki finansowe. Jeden z odcinków miał przedstawić trudną akcję ratowniczą, będącą kulminacją typowej historii: wspinaczka w wielkiej ścianie, odpadnięcie prowadzącego, utrata przytomności i wezwanie pomocy przez partnera.

 

Słowacy, którymi kierował doświadczony Peter Šperka (zginął dwa lata później podczas ataku terrorystów pod Nanga Parbat), zaproponowali Osterwę lub Granaty Wielickie. Producenci nie chcieli jednak iść na taką łatwiznę. Przyszła mi do głowy Droga Przez Płyty na południowej ścianie Kieżmarskiego, jednak podczas wyjazdu dokumentacyjnego okazało się, że zalega tam masa śniegu, a ścianą płyną kaskady wody.

 

Korzystając z przerwy Marcin Gąsienica-Kotelnicki trenuje w najlepszym do tego miejscu w okolicy – pod tarasem widokowym na wierzchołku Łomnicy; fot. Tomasz Augustynek / arch. Andrzej Marcisz

 

Zachodnia ściana Łomnicy

Moja kolejna sugestia wskazywała na zachodnią ścianę Łomnicy. Ze strony Słowaków były obawy, że szczyt jest często w chmurach, nawet podczas stabilnej pogody, jednak pomysł ten bardzo spodobał się Marcinowi, który przekonał do niego filmowców. Ekipa była tym nieco przerażona, ale też wszyscy widzieli szansę na wykazanie się. Po zaakceptowaniu Łomnicy jako miejsca zdjęć przypadła mi rola wspinacza, który miał być ratowany. Musiałem tylko znaleźć sobie partnera, najlepiej zawodowego ratownika. Warunki przyjął Marcin Kotlet Gąsienica-Kotelnicki – tak staliśmy się zespołem… „aktorskim”.

 

Przed głównymi zdjęciami mieliśmy małą grupą przygotować miejsce akcji, aby później nakręcić tam ujęcia. Horská záchranná služba, która miała wykonać akcję ratunkową, optowała, byśmy zrobili to na fragmencie ściany nie niżej niż 50 metrów poniżej grani Łomnicy, tyle bowiem ma lina wyciągarki w ich śmigłowcu. Po dokładnym przejrzeniu zdjęć, wspólnie z HZS wybraliśmy przewieszony filar w okolicy Cunasovej cesty, którym nie wiodła żadna droga.

 

Z operatorem Tomkiem Augustynkiem, Kotletem oraz dwójką Słowaków z HZS wyjechaliśmy na Łomnicę. Mieliśmy ze sobą urządzenie umożliwiające opuszczanie ratownika i wyciąganie go do góry. Dzięki niemu na grubej, stumetrowej linie zostałem kilkakrotnie opuszczony w różne części ściany, bym mógł wybrać najlepsze miejsce. Współpraca szła nam doskonale.

 

Solidny filarek z podwójną asekuracją

Po wybraniu lokalizacji założyliśmy z Kotletem stanowiska i obiliśmy przelotami przewieszony w dole filarek około 40-metrowej wysokości, którego trudności oceniliśmy na około VIII+/IX. Kolejnego dnia wróciliśmy się wspiąć, żeby Tomek Augustynek mógł ogarnąć miejsca, z których będzie filmowana akcja – w tym celu wspólnie z Tomkiem opracowaliśmy specjalny, mocowany do ściany statyw pod kamerę. Nakręciliśmy kilka lotów oraz sporo różnych ujęć wspinaczkowych.

 

W zachodniej ścianie Łomnicy, plan gotowy do filmowania; fot. Tadeusz Kieniewicz

 

Producentom tak się spodobały, że uznali te dokumentacyjne zdjęcia za wystarczające i stwierdzili, że nie trzeba ich powtarzać. Nie zwrócili uwagi, że na kilku ujęciach wspinam się zarówno z asekuracją górną, jak i dolną – Tomek nakręcił nas w momencie, kiedy likwidowaliśmy cały sprzęt. Kilka osób ze środowiska wspinaczkowego od razu to wychwyciło, jednak dla większości widzów było to niezauważalne.

 

W końcu byliśmy gotowi na główne zdjęcia akcji ratunkowej. Pogoda zapowiadała się wyśmienicie, każdy szczegół był zaplanowany, zaangażowano chyba wszystkich operatorów filmowych w kraju, którzy mieli do czynienia z terenem wysokogórskim. Jednak okazało się, że na wierzchołku Łomnicy strach tak sparaliżował jednego z nich, że nie był w stanie wychylić się poza krawędź ściany. Ostatecznie jego kamerę przejął sam reżyser – Marcin Wrona.

 

Kamera – akcja!

17-osobowa ekipa stanęła na pozycjach do filmowania, a całość akcji nadzorował osobiście Peter Šperka. Ja wisiałem w przewieszeniu, udając nieprzytomnego i czekając na ratunek. Ale ten długo nie nadlatywał. Okazało się, że w śmigłowcu, z którego całą akcję z powietrza miał filmować Marcin Koszałka, coś się zepsuło w podglądzie kamery. Warunki pogarszały się, więc w końcu zapadła decyzja, że rezygnujemy z drugiego śmigłowca i akcja będzie filmowana tylko ze stanowisk w ścianie Łomnicy.

 

Dla mnie czas jakby stanął w miejscu – od długiego wiszenia w powietrzu zacząłem tracić czucie w nogach, pomimo bardzo wygodnej uprzęży. A ponieważ miałem udawać nieprzytomnego, nie mogłem się ruszać i obserwować, co się dzieje. Tomek, który był najbliżej mnie, przekazywał mi informacje. W końcu poczułem, że ratownik jest przy mnie i zaczyna coś majstrować. Wszystko trwało jednak bardzo długo, w jego radiotelefonie słyszałem nerwowe krzyki i czułem, że coś jest nie tak. Nie wytrzymałem i otworzyłem oczy, aby sprawdzić, o co chodzi. Jednak wtedy sytuacja była już opanowana, ratownik specjalnym przyrządem przeciął linę, na której asekurował mnie Kotlet. Odlecieliśmy od ściany.

 

Marcin Gąsienica-Kotelnicki i Andrzej Marcisz; fot. arch. Andrzej Marcisz

 

Na moment znowu zamknąłem oczy, a chwilę później ratownik postukał mnie po kasku – zrozumiałem, że już po wszystkim. Rozejrzałem się dookoła i z trudnością zorientowałem się, że jesteśmy nad Żółtą Ścianą, na wysokości Pośredniej Grani. Góry wydały mi się zupełnie nieznane – na te szczyty nigdy nie patrzyłem z powietrza. Byłem zdrętwiały, ale szybko wciągnięto nas na pokład. Słowacy gorączkowo wymieniali ze sobą wrażenia z akcji. Założyli mi słuchawki z mikrofonem na uszy, ale nic nie słyszałem. Z tonu ich głosów wyczuwałem jednak, że coś poszło nie tak. W końcu włączyli słuchawki – mieliśmy jeszcze raz polecieć nad Łomnicą, bo reżyser chciał nakręcić ujęcie ze szczytu, jak wciągają mnie wprost do śmigłowca. To było fantastyczne, bo zjechaliśmy jeszcze raz na linie i zawieszony w powietrzu przeleciałem nad Zimną Wodą, Cmentarzyskiem, a w końcu nad Łomnicą. Warunki jednak się pogorszyły i zdecydowano, że wracamy na lotnisko.

 

Do czego te kleszcze?

Co się działo w śmigłowcu podczas podejmowania mnie ze ściany? Na twarzach trójki ratowników, z którymi wysiadłem na lotnisku w Popradzie, widać było uczucie wielkiej ulgi. Długo nie mogłem zrozumieć jej przyczyny. W końcu pilot powiedział mi prawdę: kiedy byłem już przypięty do ratownika, śmigłowiec zaczął tracić siłę ciągu. Mimo że lina była wypuszczona na pełną długość, nie mogli podciągnąć ratownika, który wisiał poniżej mnie. Procedura zakłada odcięcie ratowanego od ściany dopiero wtedy, gdy wisi on na uprzęży ratownika. Udźwig wyciągarki nie pozwala na szarpnięcie dynamiczne. Przez chwilę śmigłowiec był uwiązany jak na smyczy, a termika ciągnęła go do góry. Nie wiedziałem, że w razie zagrożenia bezpieczeństwa śmigłowca, nawet jeśli ktoś wisi na końcu liny, ratownik-nawigator musi odciąć linę wyciągarki – w tym celu wiszą przy niej specjalne kleszcze.

 

Andrzej w oczekiwaniu na przylot śmigłowca ratunkowego; fot. Tomasz Augustynek

 

Na lotnisku nawigator zaprowadził mnie z powrotem do śmigłowca, pokazał kleszcze i powiedział, że tam, w górze już trzymał je w ręku, przyłożone do stalowej liny, gotowe do zaciśnięcia… Dlatego ratownik, który do mnie zjechał, miał świadomość zagrożenia i czekał do końca z odcięciem mojej liny. Gdyby w śmigłowcu przecięli stalówkę, mieliśmy jeszcze szansę, że Kotlet wyłapie nasz lot, a sprzęt wytrzyma podwójny ciężar, do którego nie był testowany. Trudno przewidzieć, co by się stało…

 

Od tego czasu, kiedy oglądam różne akcje ratownicze, mam jeszcze większy szacunek dla ludzi, którzy latają śmigłowcami niosąc pomoc.

 

Tekst: Andrzej Marcisz

 

Artykuł opublikowany był w Magazynie GÓRY 256 (2017)

 

KOMENTARZE
Nick *:
 k
Twoja opinia *:
 
Dodaj komentarz
 
 
 
Copyright 2004 - 2020 Goryonline.com