Nie ma wątpliwości, że z roku na rok liczba ciekawych górskich dokonań w wykonaniu naszych alpinistów rośnie. W sezonie 2024 trzy polskie wyczyny znalazły się na tak zwanej szerokiej liście przejść branych pod uwagę przy nominacjach do nagrody Złotego Czekana. Wydaje się, że rok 2025 przyniósł jeszcze więcej godnych odnotowania polskich akcentów, w tym prawdziwe „hity”, które będziemy wspominać przez długie lata. Dotyczy to także – ukujmy nową nazwę – skihimalaizmu, w którym od dobrych kilku lat dzięki dwóm osobom jesteśmy światowymi liderami.

Fot. Andrzej Bargiel po zjeździe z Mount Everestu; fot. Bartłomiej Pawlikowski / Red Bull Content Pool
POLSKIE KARAKORUM
Doczekaliśmy się kolejnej polskiej drogi na wysokim sześciotysięczniku – tym razem dziewiczym. Mowa o pierwszym wejściu na Chumik Kangri (6754 m) w Pakistanie, którego dokonali Michał Czech, Wadim Jabłoński i Słowak Adam Kaniak.
Zgodnie z nowoczesnymi trendami zespół robił research, posługując się Google Earth. Pomocne okazały się też informacje od znawcy mało wyeksplorowanych rejonów górskich, Janusza Majera. Ale tak naprawdę Chumik – jeden z najwyższych oznaczonych na mapach, a niezdobytych szczytów Karakorum – zasugerował lokalny agent, który uznał, że da się zdobyć na niego pozwolenie.
Szczyt leży w nowo otwartym i silnie zmilitaryzowanym rejonie blisko granicy z Indiami, co miało swoje plusy i minusy. Z jednej strony wymagało to meldowania się po drodze na licznych posterunkach, z drugiej – wybudowana dla wojska droga pozwoliła na dojazd jeepami do samej bazy.
Wielu alpinistów uważa, że trójkowy skład jest optymalny przy otwieraniu nowych linii w stylu alpejskim. Z takiego założenia wyszli też Polacy. Niestety, z powodu kontuzji z Michałem i Wadimem nie mógł pojechać Maciek Kimel. Na szczęście świetnym „rezerwowym” okazał się Adam Kaniak, który wcześniej gościł na obozach Grupy Młodzieżowej i Polskiego Himalaizmu Sportowego w Tatrach.

Fot. Chumik Kangri z przebiegiem drogi Great Gig in the Sky; fot. Wadim Jabłoński
Po dotarciu do bazy zespół zrobił aklimatyzację, realizując trekkingowe wypady w okolicy. Dwa dni po Polakach i Słowaku do Base Campu przybył znany team Simon Messner i Martin Sieberer, z ekipą filmową. Południowotyrolczycy również planowali wspinaczkę na Chumik, ale okazało się, że przewidzieli zbyt krótki czas oraz wybrali zbyt ryzykowną linię, więc ostatecznie zrezygnowali z akcji na górze.
Również dla naszego teamu zaplanowanie drogi jedynie na podstawie obserwacji ściany było sporym wyzwaniem. W pewnym stopniu pomogły mapy opracowane przez Łukasza Stępka z Sharpmap, ale alpiniści musieli przede wszystkim zaufać intuicji opartej na doświadczeniu. Wadim celnie streścił całą przygodę na swoim Instagramie: „Long days, cold nights, endless granite” (długie dni, zimne noce, niekończący się granit). Poniżej przedstawię garść szczegółów z tego przejścia.
W ramach aklimatyzacji zespół osiągnął wysokość 6100 metrów. Na niej podczas biwaku nastąpiło załamanie pogody. Po 20 godzinach spędzonych w namiocie alpiniści wycofali się do bazy przy bardzo złej widoczności, wykorzystując ślad GPS na zegarkach.

Fot. Mocno eksponowane fragmenty mikstowe na filarze Chumik Kangri; fot. Adam Kaniak
Właściwy atak na ścianę przypuścili w nocy, aby zminimalizować ryzyko kamieni spadających na kilku śnieżno-lodowych wyciągach (do 70–80o), wiodących pod właściwą formację – wybitny skalny filar. Adam Kaniak tak opisał pierwszy dzień akcji: „Im wyżej się wspinaliśmy, tym było bardziej stromo. Wyciąg za wyciągiem prezentował całkiem solidne wspinanie mikstowe, zazwyczaj około M5, ale z ciężkimi plecakami i przy rozrzedzonym powietrzu nie była to bułka z masłem. Oprócz kilku bardziej kruchych fragmentów szliśmy po idealnym, złotym granicie – to prawdziwy skarb Karakorum, o którym możesz tylko pomarzyć w Nepalu”. Zespół zabiwakował w dwuosobowym namiociku na śnieżnej grańce, na wysokości 6250 metrów, przed największym spiętrzeniem ściany.
Drugi dzień upłynął pod znakiem szukania właściwych formacji w górnej części filara. Team napotkał rzetelne trudności klasyczne, a na jednym wyciągu był zmuszony do wspinaczki hakowej. Najbardziej spektakularne okazało się pokonanie formacji, którą chłopaki nazwały Świecznikiem. Po osiągnięciu wierzchołka filara musiały przetrawersować w lewo, do łatwiejszego kuluaru prowadzącego na szczytowe plateau. „W tym miejscu Michał wykazał się fantastycznym wyczuciem do wyszukiwania drogi – […] w supereksponowanym terenie zrobił trawers i zewspinał się do systemu zacięć” – wspominał Adam. Biwak wypadł już na wysokości 6600 metrów, zaledwie 150 metrów poniżej topu.
Członkowie zespołu walczyli nie tylko z materią, ale też z indywidualnymi kryzysami. Michał przeżywał takowy po pierwszym dniu wspinaczki. Wadim miał symptomy zatrucia pokarmowego i był permanentnie osłabiony. Z kolei Adam stracił czucie w stopach podczas ataku szczytowego, więc na wierzchołku koledzy rozcierali mu stopy i zaaplikowali zastrzyk z heparyną.

Fot. Biwak w dwuosobowym namiociku na śnieżnej grańce, Chumik Kangri; fot. Adam Kaniak
Jak zwykle przy trudnym wspinaniu w stylu alpejskim, wejście na szczyt, na którym zespół stanął już o 8:00 rano trzeciego dnia, nie oznaczało końca przygody. Wyzwanie ma jeszcze większy ciężar gatunkowy na dziewiczych wierzchołkach. Tak było i tym razem.
Polsko-słowacki team schodził granią, której nie znał nawet z widzenia. Zresztą tę drogę planowali zaatakować wspomniani Tyrolczycy, jednak teren, który musieliby pokonać, okazał się tak parszywy w dolnej części, że zrezygnowali. Nasi alpiniści najpierw osiągnęli miejsce ostatniego biwaku, a potem zaczęli zejście po dość połogim śniegu, który stopniowo stawał się coraz bardziej stromy, zlodowaciały i kaprawy, przez co wymagał asekuracji. W lepszej jakości lodzie wybrali zjazdy z abałakowów. „Straciłem rachubę po dziesięciu” – wspominał Adam. Ostatni odcinek to zjazdy 400-metrową skalną ścianą fatalnej jakości. Aby zminimalizować ryzyko, zespół starał się instalować stanowiska w miejscach osłoniętych przed ostrzałem kamieni. O 21:00 osiągnęli podstawę ściany – prawie bez szpeju zostawionego na stanowiskach, ale szczęśliwi, że przygoda dobiegła końca.
Tekst / PIOTR DROŻDŻ
* * *
Tekst w całości przeczytasz w 301 (4/2025) numerze Magazynu GÓRY.
GÓRY w formacie pdf można też kupić w naszej księgarni Książki Gór > link

